piątek, sierpnia 08, 2008

 



Filozof pewien (nazwiska na pomnę) zauważył, że jeśli coś WOGÓLE da się powiedzieć, to da się to powiedzieć JASNO. Moja prywatna interpretacja tego cennego spostrzeżenia jest taka: „Jeśli jakąś kwestie WOGÓLE można wytłumaczyć, to można ją wytłumaczyć za pomocą kawału o Bacy. Albo o Szkocie.” Po tym filozoficznym wprowadzeniu spróbuję wyjaśnić na czym polega „kryzys kredytowy” w USA. Wiem, wiem… kiedyś już o tym pisałem. Ale jakoś od tego czasu przynajmniej kilka razy ludzie mnie o to pytali. Mam wrażenie, że nawet „tubylcy” nie bardzo rozumieją, o co chodzi. A sprawa jest na tyle ciekawa, że warto się jej przyjrzeć. Szczególnie, że obawiam się, iż ten sam mechanizm działa na rynku nieruchomości w Polsce i w niedługim czasie odbije się podobną czkawką.

Akurat w tym przypadku kawał o Bacy stosuje się bardzo dobrze:


Na Krupówkach siedzi baca, a u jego nóg leży torba. Obok przechodzą turyści i pytają:
- „Baco, co tam macie w tej torbie”
- „A psa mom Panocku. Kupcie se.”
- „A ile chcecie za tego psa Baco?”
- „Milion”
- „??? Zgłupieliście Baco? Za milion nikt od was psa nie kupi!”
- „Kupi, kupi.”

Wieczorem turyści wracają tą samą drogą i mijają znowu Bacę:
- „No i co Baco? Sprzedaliście psa?”
- „Sprzedołek, Panocku!”
- „Za ile?”
- „Za milion.”
- „??? Ktoś wam dał milion za tego psa???”
- „No miliona to nie doł. Ale doł dwa koty po pół miliona.”


Domy w USA jakiś czas temu przemieniły się właśnie w takie „psy za milion”. Wciskacze kitu, zwani potocznie agentami sprzedaży nieruchomości tłumaczyli ludziom: „A co to za różnica, ile ten dom kosztuje? Spoko, dostaniesz kredyt! Za parę lat, ten dom będzie wart dwa razy tyle! Wtedy sprzedasz dom, spłacisz kredyt i jeszcze zarobisz”. I rzeczywiście przez pewien czas tak to właśnie hulało. Ceny domów rosły nawet o 20% rocznie. Zwracam uwagę: rosły CENY. Bo niektórzy myśleli, że rośnie WARTOŚĆ.

Oczywiście cały ten interes nie byłby możliwy, bez udziału lichwiarzy, czyli banków finansujących tą zabawę. Ponieważ interes się kręcił i lichwiarze chcieli zarobić jak najwięcej, więc wciskali ludziom pożyczki jak się tylko dało. Rozluźniano kryteria udzielania pożyczek, zmniejszano praktycznie do zera wysokość wpłaty własnej, finansując 100% ceny zakupionego domu. Cała ta zabawa bazowała na optymistycznym założeniu, że „jakoś to będzie, to znaczy będzie dobrze”. Sprawa się rypła, gdy zabrakło kolejnych amatorów „psów za milion”: na amerykańskich Krupówkach zaczęło gwałtownie przybywać „Baców z psem w torbie”. Oczywiście spowodowało to spadek cen.

No dobrze, ale gdzie tu kryzys? „To nie kryzys. To REZULTAT” – jak mawiał Kisiel. Dotyczy on w sumie niewielkie liczby ludzi: tych, którzy chcą (albo muszą) dom sprzedać. Jest to kilka kategorii ludzi. Po pierwsze inwestorzy, którzy wybudowali domy za pożyczone pieniądze z nadzieją na szybką sprzedaż. Skalkulowali całe przedsięwzięcie zakładając, że sprzedadzą te nowo wybudowane domy w jakimś krótkim okresie czasu. Odzyskają zainwestowane pieniądze, spłacą kredyt i zgarną nadwyżkę. A tu klops: rynek stoi, domy się nie sprzedają a lichwiarzom trzeba co miesiąc płacić odsetki. W ten sposób „wtopiło” wielu: tak duże firmy jak i małe, często jednoosobowe (oj, dużo naszych rodaków tak „wtopiło”).

Druga grupa, to ludzie, którzy zaciągnęli kredyt ze zmiennym oprocentowaniem. Takie kredyty, zwane po tutejszemu „baloons” były często „wciskane” ludziom o niskich dochodach (relatywnie niskich, w stosunku do ceny kupowanego domu). Taki kredyt ma niższe oprocentowanie, ale tylko przez pewien czas (zwykle kilka lat). Po upływie tego czasu bank ma prawo je zmienić. Gdy na rynku wszystko idzie dobrze, nie ma z tym problemu: po pierwsze bank w takim przypadku nie ma specjalnie powodu, żeby oprocentowanie podnosić, a gdyby nawet bardzo chciał – to też żaden problem: bierzesz kredyt w innym banku, spłacasz nim poprzedni kredyt i jeszcze zgarniasz nadwyżkę, bo w ciągu tych kilu lat „wartość” (czytaj: cena) twojego domu wzrosła. Problem pojawia się, gdy ceny domów przestają rosnąć: nadciąga dzień w którym bank podniesie oprocentowanie twojego kredytu i z dnia na dzień wysokość twoich miesięcznych rat pójdzie gwałtownie w górę. A ty nie możesz zamienić tego kredytu na inny, bo żaden bank nie pożyczy ci więcej, niż wart jest twój dom. Czyli tak zwana „dupa zbita”.

Najciekawsze jest to, że cały problem znika, gdy nie jesteś właścicielem domu, na który cię niestać. Jeśli masz kredyt ze stałym oprocentowaniem i nie jest on za wysoki, to w sumie wszystko jedno ile twój dom „kosztuje”. Ten problem dotyczy cię tylko wtedy, gdy chcesz „wymienić” dom na coś innego. Jeśli nawet musisz sprzedać dom, ale zamierzasz kupić inny, to praktycznie bilans jest zerowy: co prawda „stracisz” sprzedając swój dom, ale za to nowy dom, który kupisz też będzie tańszy i w ten sposób „odrobisz” stratę.

Problem polega na tym, że negatywne efekty głupoty i pazerności się kumulują i niestety uderzają we wszystkich. Ponieważ nikt nie chce stracić, a wszyscy chcą zarobić, pojawia się zastój na rynku. To pogarsza sytuacje: ceny spadają jeszcze bardziej, firmy budowlane nie mają roboty, więc ludzie tracą pracę. Przenosi się to oczywiście na inne sektory gospodarki, gdyż, jak wyprorokował Poeta: „murarz domy muruje, krawiec szyje ubrania, ale gdzieżby co uszył, gdyby”… mu nie płacili. Jak ludzie nie zarabiają, to nie mają czym spłacać kredytów no i lichwiarze mają kłopoty. Próbują odzyskać pieniądze odbierając ludziom domy, które są zastawem za pożyczone pieniądze. Co w sumie niewiele daje, bo jeszcze bardziej obniża ceny na rynku.

Cóż… to się tak musiało skończyć. Teraz wszyscy zastanawiają się jak długo ten kryzys potrwa. Czy już „odbiliśmy się od dna”, czy też od spodu usłyszymy pytanie: „Kto tam?”. Ano jak pożyjemy – to zobaczymy…

Póki co – ratuję amerykańską gospodarkę jak mogę: kupiłem sobie Jeepa Wranglera. Zapraszam na przejażdżki po pustyni!

P.S. Chodzą słuchy, że w październiku będę z wizytą w PRLu. Będę na bieżąco informował o wszystkim na blogu.

Brak komentarzy: