poniedziałek, marca 26, 2018

Karaiby (9)


Dzień 14: 2 luty 2018

Tym razem ruszmy na wschodnie rubieże Martyniki. Na początek zatrzymujmy się na chwilę w La Matin, żeby jeszcze raz zobaczyć kościół i cmentarz. Lokalne cmentarze są ciekawe: przypominają nieco te z Nowego Orleanu i te z Polski. Różnica jest taka, że zamiast marmurów, jak u nas, groby pokrywają… kafelki! Takie jak u nas zakładano w łazienkach w latach 80-tych. 


Przy okazji na lokalnej tablicy informacyjnej zauważyłem miejsce o nazwie Pointe Marie-Catharine. Na tym wysuniętym w Ocean Atlantycki cyplu ma się znajdować kaplica Matki Boskiej, patronki żeglarzy. Wygląda ciekawie! Jedziemy! Nie jestem pewny jak tam trafimy, bo mamy dość mało dokładną mapę. Ale co tam! Spróbować można! Na szczęście okazuje się, że droga jest oznaczona drogowskazami: kluczymy po wąskich dróżkach, i po kilkunastu minutach jazdy docieramy do celu. 


Miejsce jest piękne: rozległy płaskowyż, pokryty trawami, prawie że w jesiennych kolorach. A na jego końcu, mała, wysmagana wiatrem kapliczka. 


Na prawo i lewo dwie piękne, szerokie plaże: z lewej Anse de Grand Macabou, a z prawej Anse Grosse Roche. Na spacer wybieramy tą drugą.


Ruszamy dalej: chcemy dotrzeć do rybackiej wioski Grand’ Riviere, położonej na samym północno-wschodnim końcu wyspy. Jedziemy cały czas wzdłuż wschodniego wybrzeża, kierując się na północ. Ta strona wyspy jest znacznie bardziej cywilizowana i ułożona. Droga biegnie przez niekończące się plantacje bananów, rozpostartych po pagórkach. Czasami wydaje mi się, że jadę „zakopianką”, gdzieś w okolicy Mogilan. Tylko skąd się w Mogilanach wzięły bananowce???


Im dalej na północ, tym robi się ciekawiej. Droga zaczyna piąć się krętymi serpentynami po stromych zboczach, miasteczka robią się mniej cywilizowane i biedniejsze. W końcu docieramy do Grand’ Riviere. Tu droga kończy się w porcie rybackim: dalej można iść już tylko piechotą. 


Zjadamy lunch w nadbrzeżnej restauracji (no, to tak raczej szumnie powiedziane: raczej jest to budka z jedzeniem i paroma plastikowymi stolikami). 


Potem krótki spacer po wiosce: nie ma za bardzo co zwiedzać, bo poza kościołem, paroma restauracjami i hotelikami nic tu praktycznie nie ma. 


Ruszamy z powrotem. Na koniec dnia docieramy na plażę w miejscowości Tartane, leżącej na wychodzącym w Atlantyk półwyspie Presqu'Île de la Caravelle.



Dzień 15: 3 luty 2018

Pora się zbierać do domu! Ale zostało nam jeszcze parę godzin do odlotu. Postanawiamy więc pojechać do miasteczka Anses-d'Arlet, które w przewodniku opisywane jest jako najbardziej urocza wioska rybacka na Martynice. Właściwie, to przejeżdżaliśmy przez nią parę dni wcześniej, ale było już późno i nie starczyło czasu, by się zatrzymać. Postanawiamy więc spędzić tam ostatnie godziny wakacji.



Jest ranek, miasteczko budzi się do życia. Na targu rybnym nie ma wielkiego ruchu, ale widzimy, jak rybacy dzielą na części ogromnego miecznika. Nieśpiesznie spędzamy czas włócząc się po wiosce i plaży. Po lunchu ruszany w kierunku lotniska.



Dalej już standardowo: lot z Fort de France do Miami, przesiadka na samolot do Phoenix. No i tak zwany „powrót do rzeczywistości” J

niedziela, marca 25, 2018

Karaiby (8)



Dzień 13: 1 luty 2018

Zwiedzamy północno-zachodnią część Martyniki. Praktycznie w całości zajmuje ją wulkan Pelee, który jest najwyższą górą na wyspie. W 1902 roku wybuch tego wulkanu w 15 minut wysłał do nieba ponad 30 tysięcy dusz. Miasto Saint Pierre, będące wówczas ponoć najładniejszym miastem na Karaibach praktycznie przestało istnieć. Obecnie wulkan śpi sobie w najlepsze i pozwala nawet ludziom wdrapywać się na szczyt. I tak właśnie zamierzamy uczynić.


Ruszamy wczesnym rankiem. Musimy przejechać praktycznie przez całą wyspę z południa na północ, co nie okazuje się wcale takie łatwe. Trzeba przejechać przez Fort de France – największe miasto na wyspie. Wygląda na to, że wszyscy mieszkańcy mają podobny zamiar, bo na drodze tworzy się potężny korek. Dystans 20 km pokonujemy w godzinę. W Fort de France jedziemy do miasteczka Morne Rouge, umiejscowionego u południowo wschodnich podnóży Montagne Pelee. Droga jest przepiękna: pnie się i opada przez dżunglę. Jedziemy powoli i podziwiamy widoki. Z resztą szybko jechać się nie da, nawet jakby się chciało. 


Po drodze oglądamy jeszcze piękną katedrę w Balata


W Morne Rouge zjadamy szybkie drugie śniadanie i podjeżdżamy do schroniska l’Aileron (o ile zaniedbaną budę bez klimatu można nazwać schroniskiem). Odbywa się kolejny spektakl pod tytułem: gdzie by tu zaparkować. Ludzi i samochodów jest cała masa. Ale jakoś się udaje. O 11:30 ruszamy w stronę szczytu Montagne Pelee.



Sprawa nie wygląda źle: wyruszmy z wysokości 852 m npm, a musimy dotrzeć na  1395 m npm. Droga pnie się ostro pod górę i szybko nabieramy wysokości. Po szczytach suną kłęby chmur, więc nie bardzo widać co nas tam u góry czeka. „Luzik” – myślę sobie, gdy mijamy 1100 m npm. Coś, co wydaje się być szczytem widnieje kilkadziesiąt metrów dalej. Tylko, że gdy tam docieramy, to z chmur wyłania się kolejny szczyt. „E spoko, nie ma problemu: niedaleko” – myślę sobie. 


Gdy docieramy na miejsce, okazuje się, że to też nie szczyt, a jedynie krawędź krateru. Prawdziwy szczyt znajduje się po drugiej stronie krateru, która gdzieś tam majaczy w chmurach. Są dwie opcje: obejść krater dookoła, długim, łagodnym trawersem albo przejść przez dno krateru w miarę krótką, ale cholernie stromą ścieżką. Wybieramy tą drugą opcję i zaczynamy opuszczać się na dno krateru. Idzie się fatalnie: skały wulkaniczne są paskudnie śliskie, na dodatek pomiędzy nimi czają się szczeliny. Jeden niepewny krok i noga wpada w dziurę pomiędzy skałami. W niektórych z tych szczelin spokojnie może się zmieścić człowiek i diabli wiedzą jak są one głębokie. Może prowadzą do samego piekła?


Powoli brniemy do przodu i o 13:30 stajemy na szczycie najwyższego szczytu Martyniki. 


Powrót postanawiamy odbyć obchodząc krater dookoła, by uniknąć forsownego schodzenia na jego dno. Z mapy wynika, że jest to nieco dalej, ale za to w miarę spokojnie. Tyle tylko, źe szlak jest fatalnie oznaczony i przez pewien czas wydaje mi się, że idziemy w jakimś złym kierunku. Właśnie zaczynam się poważnie zastanawiać co zrobimy, gdy się okaże, że poszliśmy złym szlakiem, gdy trafiamy na rozwidlenie, które potwierdza, że wszystko jest OK. Dalej jest już prosto: po 5 godzinach, o 16:30 jesteśmy z powrotem w l’Aileron.


Na koniec zjeżdżamy na zachodnie wybrzeże, do St. Pierre, a potem jedziemy zobaczyć dwie plaży znajdujące się na końcu drogi biegnącej na północ. Ta strona wyspy jest zdecydowanie mniej cywilizowana i mniej uczęszczana. Na przepięknej, czarnej plaży Anse Ceron jest raptem parę ludzi. No i nie ma problemu, by zaparkować. 


Dalej jest jeszcze plaża Anse Couleuvre: w przewodniku napisali, że droga do niej jest niełatwa i jest to już zupełny koniec świata. Coś w sam raz dla nas, fizyków! VW Golf znowu resztkami sił wspina się pod górę na jedynce, a potem karkołomnie zjeżdża w dół. O zachodzie słońca jesteśmy na miejscu. Powrót odbywa się bez niespodzianek o 19:45 jesteśmy z powrotem w Sainte Luce.