wtorek, lutego 20, 2018

Barcelona: Dzień Drugi



Piątek, 18 lutego.

Czynię mocne postanowienie: nie będę się nigdzie śpieszył. Wiem już, że i tak nie zdążę zobaczyć wszystkiego, więc nie ma sensu wprowadzanie nerwowej atmosfery. Koło 9:00 wyruszam na pierwsze oględziny miasta. Na początek zjadam śniadanie w pierwszej napotkanej kafejce. Jest ich tu co krok, za 8 Euro można zjeść małe co-nieco. Zaraz przy hostelu napotykam stację metra. Są też strzałki wskazujące drogę do La Rambla: głównej ulicy miasta. Ruszam więc w tamtą stronę. Okolica wygląda ciekawie: trochę portowo, trochę arabsko… dopiero potem się zorientuję, że jeszcze nie tak dawno była to dzielnica „czerwonych latarni”. Po drodze napotykam na wyraźnie wyróżniający się dom. Okazuje się, że jest to Palau Güell: jeden z wczesnych projektów Gaudiego. Nie ma kolejki, a na dodatek w kasie po pokazaniu mojej brakującej dłoni dostaję bilet za darmo! Chałupa jest naprawdę piękna: dopracowana w każdym detalu i bardzo niestandardowa. Nieśpiesznie podziwiam kolejne piętra.


Parędziesiąt metrów dalej dochodzę do La Rambla,  biegnącej od morza i Pomnika Kolumba do Placu Katalonii. Przez następne dni będę tu przechodził wiele razy. A póki co – badam teren: ruszam w górę, czyli w stronę głównego placu miejskiego. Po drodze napotykam na Targ św. Józefa, czyli La Boqueria. Miejsce jest niesamowite: można dostać oczopląsu od gamy kolorów. Ryby, mięso, sery, owoce: wszystko artystycznie wręcz poukładane na straganach. Zatrzymuję się na lunch i zjadam palelę z owocami morza.



Po lunchu docieram wreszcie do Plaça de Catalunya. Odjeżdżają stąd miejskie autobusy wycieczkowe. Stwierdzam, że to niegłupi pomysł i sposób na zorientowanie się gdzie właściwie jestem i jak się po mieście poruszać.

Autobus zatacza pętlę przez zachodnią część miasta. Siedzę, patrzę i słucham. Wysiadam dopiero na wzgórzu Montjuïc, gdzie kiedyś odbywała się olimpiada. Ze wzgórza fajnie widać panoramę miasta. 


Przechodzę najpierw pod Katalońskie Muzeum Sztuki, a potem na Plac Hiszpański



Tu pakuję się z powrotem do autobusu. Po drodze robię sobie jeszcze szybką focię pod stadionem FC Barcelona. Och! Gdybym się interesował piłką nożną, to pewnie bym się posikał z radości! :-)



Dojeżdżam z powrotem na Plac Kataloński. Jest już popołudnie, robi się chłodno, więc szybko lecę do hostelu po dodatkowe ubrania. Po przerwie ruszam na dalsze zwiedzanie miasta. Tym razem skręcam w La Rambla na południe i szybko docieram do Pomnika Kolumba. Niestety, trochę popadał deszcz i nie wpuszczają na szczyt ponad 50 metrowej kolumny. A tam, mówi się trudno. Ruszam na wschód, czyli w kierunku Dzielnicy Gotyckiej. Na początek chcę odnaleźć kościół Matki Boskiej Królowej Morza. Trochę kluczę po wąskich uliczkach, ale w końcu trafiam na miejsce. Surowe, gotyckie wnętrze w wieczornym półmroku robi niesamowite wrażenie. 


Dalej idę w kierunku Katedry. Po drodze napotykam na demonstrację katalońskich separatystów: większość Katalończyków chce się odłączyć od Hiszpanii i stworzyć samodzielne państwo. Było w tej sprawie referendum, które separatyści wygrali, ale jak to w demokracji: wicie, towarzysze, rozumicie: demokracja tak! Jak najbardziej! Ale pod warunkiem, że wszyscy będą  głosować zgodnie z ostatnią wytyczną.


Docieram w końcu na plac katedralny: katedra jest już zamknięta, ale wygląda pięknie i majestatycznie. 



Na placu toczy się miejskie życie: pełno ludzi, wszyscy spacerują, jedzą, piją. Ja się też załapuję na kolacyjkę złożoną z tapas i piwa. Dzień się powoli kończy.



x

poniedziałek, lutego 19, 2018

Barcelona: Dzień Pierwszy



Czwartek, 17 lutego.

O 19:15 wylot z Balic. Samolot lekko spóźniony, ale niewiele. Ludzi pełno, siedzę koło jakichś obcokrajowców. Przede mną „polska młoda inteligencja”: rozmawiają tak, że cały samolot ich słyszy. Na dodatek co trzecie słowo, to „przecinek”. Cóż… takie czasy… na ulicy Polaka rozpoznasz z daleka: klnie, jak szewc. Przepraszam, że to piszę, ale naprawdę tak jest.

Co ja właściwie wiem o tej Barcelonie? W sumie, to niewiele: stolica Katalonii, zbuntowanej prowincji, która chce się oddzielić od Hiszpanii. „Uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek”… który to był rok? 1982? No i Sangrda Familia i Gaudi: znana z fotografii i z płyty Alan Parsons Project. Korzystam więc z czasu w samolocie i szybko zapoznaję się z przewodnikiem. Coś tam mi się zaczyna w głowie układać.

Na miejscu jesteśmy przed 23. Według Pana Googla dojazd do hostelu, gdzie zamierzam spędzić 3 najbliższe noce zajmie 50 minut używając komunikacji publicznej. Decyduję się na taksówkę i w 15 minut jestem na miejscu. Bez niespodzianek: docieram na miejsce, dostaję malutki pokój z łazienką i czem prędzej idę spać.

Barcelona (0) czyli tak zwany wstęp...



Wyjazd do Barcelony zrodził się z mojej frustracji. Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że w moim pierwszym i najważniejszym zadaniem na początku tygodnia jest stworzenie planu na zbliżający się weekend. Michasia – moja żona - nawet przestała się wkurzać, gdy w poniedziałek zadaję zasadnicze pytanie: „to co robimy w najbliższy weekend?”. W Arizonie działa to super.


Natomiast w Polsce… cóż… działa to tak sobie. Różnica jest taka, że w Arizonie nie muszę się specjalnie nikim przejmować. Muszę tylko uwzględnić jakieś tam plany rodzinne i społeczne, ale poza tym, to po prostu planuję i realizuję plan. Jak ktoś ze znajomych chce się pod taki plan podłączyć, to super. A jak nie – to nie ma problemu. W Polce jest trochę inaczej: najlepiej to by było, jakbym nie musiał w ogóle nic planować, tylko podpiąć się pod plany jakichś znajomych ludzi. Tylko, że tu jest jakiś dziwny obyczaj, że jak ktoś planuje jakieś zajęcia weekendowe, to raczej nikomu o tym nie mówi. Najwyżej po fakcie się człowiek dowiaduje o tym z Facebooka. Tak, że trzeba sobie samemu radzić. Na dodatek chciało by się jeszcze przy okazji takich planów spotkać jak najwięcej ludzi, odrobić zaległości z powodu niebywania i niewidywania… Więc zamiast „dobra, jadę tu albo tam”, odbywam „badania opinii społecznej” pod tytułem: „Hej ludzie! Cobyśta powiedzieli na taki pomysł…?”


Działa to fatalnie i jest strasznie frustrujące: odnoszę wrażenie, że w Polsce nikt niczego nie planuje za bardzo, tylko w większości „jedzie się na żywioł”. Poza tym, jak ludziom w Polsce zadajesz pytanie, na które można odpowiedzieć „tak” albo „nie”, to większość odpowiada: „zobaczymy”. Albo się nie odzywa, co jest też formą powiedzenia „zobaczymy”, tyle, że poprzez wymowne milczenie :D

No więc był poniedziałek. Rzuciłem „na druty” standardowe pytanie. Nawet zacząłem tworzyć jakieś plany: wyskoczmy na Niemcową na biegówki, kto chce, kto chce? Pod wieczór… cóż... jak zwykle: chętnych właściwie zero, innych propozycji brak. Nawet moja Pełnym Tytułem Siostra Sabina trwa na pozycji „no to zobaczymy”. Czyli skończy się jak zwykle: w piątek wieczorem będziemy wciąż się zastanawiać: „no to co robimy?”, w sobotę rano nikomu nie będzie się chciało wstać - to kolejna polska przypadłość: ludziom się w weekend nie chce wstawać, jakby nie mieli czasu, by się przez cały tydzień wyspać w pracy! ;-)

Do tego jeszcze pogoda: siedzę drugi tydzień w Europie a słońce w swej łaskawości zdołało pokazać się na 5 minut. Przez chmury, bo przez chmury, ale dobre i co! „A gdyby tak olać to wszystko i po prostu polecieć gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem, gdzie jest ładna pogoda i coś ciekawego do zarobaczenia?” – przeszło mi przez myśl. Otwarłem wyszukiwarkę lotów, wyskoczyły bilety do Barcelony w dobrej cenie… Uno, dos, tres… Bilet kupiony! Plan na weekend jest!

Po raz pierwszy od bardzo dawna nikomu praktycznie o tym nie powiedziałem. Stwierdziłem, że nie ma sensu znajomym truć pupci: no przecież jak na Niemcową nikt się nie może pozbierać, to co dopiero do Barcelony. Jakie było potem moje zdziwienie, gdy będąc już na miejscu dostawałem kolejne wiadomości typu: „No czemu nie powiedziałeś, że się wybierasz do Barcelony?”. Naprawdę się gubię w polskiej rzeczywistości!

czwartek, lutego 02, 2017

“Rwąca rzeka słów”

 


Od ponad 30 lat praktycznie nie oglądam telewizji. Przestałem, gdy miałem naście lat, bo po prostu nie miałem czasu: dookoła tyle się działo! Ludzie, góry, wycieczki, biwaki… Ktoś tam zdobył nową płytę Maanam-u, ktoś kupił spod lady wiersze Stachury... Siedzieliśmy godzinami w parku albo w „kotajcu”, gadali, czytali, dyskutowali, odwiedzali znajomych, odprowadzali się wzajemnie do domów do późna w nocy… Nie było czasu, by się gapić w ekran. A potem już mi tak zostało: przez długi czas w ogóle nie mieliśmy w domu telewizora, teraz jakiś tam wisi na ścianie, ale jest podłączony tylko do Internetu. Czyli żadnych 250 kanałów, żadnego „broadcastingu” i możliwości oglądania wszystkiego jak leci. Najczęściej „telewizję na żywo” zdarza mi się obejrzeć w Polsce, u moich rodziców: oni nie potrafią właściwie funkcjonować jeśli telewizor nie działa. Ja to wytrzymuję góra 20 minut. Potem muszę się przez dobre parę godzin odtruwać. Przekaz, który płynie z telewizora jest klarowny i nie znoszący sprzeciwu: „Świat jest zły! Jesteś nieszczęśliwy! Oni to zrobili! Musisz ich nienawidzić! Musisz się odegrać! Chodź z nami! My mamy rację! Tylko my! My jesteśmy ci dobrzy! Oni są podli! My im jeszcze pokarzemy! Jak nie jesteś z nami, to jesteś z nimi! Musisz wybrać! Musisz się opowiedzieć! Wybieraj! Już! Natychmiast! W tej chwili!”

W Polsce tego pewnie nie czujecie, ale słowa straciły zupełnie swą moc i znaczenie. Klniecie okropnie! Jesteście wulgarni i nawet tego nie zauważacie. Mam absolutną alergie na słowo „zajebiste”: naprawdę niewiele jest w języku polskim bardziej śmierdzących i ohydnych słów. Mi się chce rzygać, gdy słyszę to słowo. A u Was teraz wszystko jest „zajebiste”: właściwie to Wam to słowo nie schodzi z ust.

Kto mnie zna, to wie, że nie jestem jakąś „kotką-cnotką”: są rzeczy, których się nie da powiedzieć w sposób wywarzony. Czasem trzeba po prostu przykląć. Ale CZASEM, a nie co drugie słowo! Czasem trzeba coś powiedzieć ostro. Ale jak zaczynamy się cały czas buzować i nakręcać, to się to niczym dobrym nie kończy.

Myślę, że jest to efekt tego, że jesteście bez przerwy nakręcani przez media. Przez „coraz bardziej otaczającą rzeczywistość”. Z jednej strony: nieustanna polityczna napierniczanka. Z drugiej: nakręcanie spirali zazdrości i pożądania przez reklamy. Bywam w Polsce na tyle często, żeby to widzieć i na tyle, rzadko, że mnie to jeszcze kłuje w oczy i uszy. Z jednej strony: „podłość” (koniecznie wymawiana przez zaciśnięte zęby i z naciskiem na „ść”), „zdrada”, „oszłom”, „psychol”, „zamach”, „pachołki”, „sługusy”….  Z drugiej: „rewolucja”, „cudowny”, „wspaniały”, „wymarzony”, „rewelacyjny”… Tak sobie cytuję z pamięci słowa, które mi się rzuciły w uszy (wymieniam oczywiście tylko te niewulgarne ;-). W sumie, to ciekawe by było zobaczyć statystyki na ten temat: jakie słowa są najczęściej używane w przekazie politycznym i reklamowym.

Kiedyś takie słowa były używane w ostateczności. Dziś – właściwie, to się od nich zaczyna: mówią ci, że „rewelacja” i „przedmiot marzeń”. Patrzysz: a to zwykły telefon, tyle, że o 5 mm większy. Byle duperela – a zaraz jest „podłość” lub „zdrada”. Czyli: „na początek wybucha bomba atomowa, a potem napięcie powoli rośnie”. I jak tu zachować normalność w takich warunkach?

Jesteście  jak przesterowany wzmacniacz: wystarczy powiedzieć jedno słowo do mikrofonu, wszystko jedno jakie, a wzmacniacz od razu zaczyna wyć. Trzeba szybko wyłączyć mikrofon i czekać, aż się wzmacniacz uspokoi. Po prostu jesteście bez przerwy nabuzowani: ciągle na jakichś podkręconych obrotach, ciągle w napięciu, czujni, zwarci, gotowi. I oglądający się dookoła, czy przypadkiem komuś nie trzeba dać w mordę. Czuje się to, gdy się tylko przyleci do Polski: jakieś naelektryzowanie, jakieś napięcie. Coś wisi w powietrzu, coś ci mówi: „uważaj”! Dla turysty to nawet może być fajne, ale życie w takim napięciu na dłuższą metę jest raczej niezdrowe.

Nie wiem, czy podobnie jest w USA, bo w sumie jeszcze mniej mam z tym do czynienia. Przypuszczam, że tak, bo coś mi się zdaje, że od jakiegoś czasu Amerykanie zaczynają mieć podobny szczękościsk jak Polacy. Na pewno w USA jest łatwiej od tego uciec, przynajmniej mi. Jakoś łatwiej powiedzieć „to nie mój problem”.

Wiem, że to co piszę jest przykre i – jak każde uogólnienie – nie do końca prawdziwe. Znam przecież wielu fajnych, pogodnych, życzliwych ludzi w Polsce. Cieszę się, że Was znam, że mogę się z Wami spotykać. Mam nadzieję, że się nie obrazicie? Podziwiam Was za to, że w takiej dusznej i naelektryzowanej atmosferze potraficie zachować normalność, pogodę ducha i radość życia.  Obawiam się, że ja w takich warunkach bym już dawno pił z rozpaczy albo strzelał do wszystkiego, co się rusza. Za dwa tygodnie znowu będę w Limanowej. Na szczęście tam po prostu wystarczy iść do lasu, popatrzeć dookoła i świat jest od razu piękniejszy.

środa, lutego 01, 2017

O polityce... nieplitycznie

 

Parę osób prosiło mnie bym jednak coś tam napisał „o polityce”. Przypomnę tylko, że tak koło grudnia 2016 postanowiłem, że na tematy polityczne, a szczególnie polsko-polityczne nie będę się wypowiadał.  No to może spróbuję opowiedzieć dlaczego nie chcę o tym pisać.

Zacznę nieco nie na temat: jak z wielu z  Was wie, w życiu zawodowym zajmuję się inżynierią oprogramowania na potrzeby systemów płatności. Powiedzmy sobie szczerze: nie jest to jakaś „kosmiczna wiedza”. Przez wiele lat wydawało mi się, że każdy w miarę umysłowo rozwinięty człowiek – no powiedzmy po naszej maturze z lat 80-tych XX wieku - jest w stanie coś takiego robić. Jakieś tam wyższe studia w kierunku technicznym byłyby przydatne, ale nie przesadzajmy: nie jest to ani fizyka kwantowa, ani geometria w przestrzeniach Banacha. W sumie cała ta robota sprowadzę się do tego, by na podstawie jakichś tam szczegółowych wymagań (w stylu: „przydało by się, by klientowi wcisnąć kredyt”), zbudować trochę bardziej ogólny model, ale nie za ogólny. Naprawdę nie jest to strasznie trudne.

I wiecie co? Pracuje na co dzień – wydawało by się – z najbardziej inteligentnymi, najlepiej wykształconymi ludźmi na ziemi. Tak na oko, to jakieś „top 10%” ogólnej populacji. I wygląda mi na to, że przynajmniej połowa z tych ludzi nie jest w stanie tego pojąć!  Kiedyś wydawało mi się, że ma to związek z pochodzeniem i uwarunkowaniami kulturowymi (bo taką przypadłość początkowo zaobserwowałem głównie wśród Hindusów). Ale po dwudziestu paru latach pracy w tym zawodzie dochodzę do wniosku, że jednak nie: niezależnie od pochodzenia, rasy, religii, kultury i języka jak trzeba zacząć operować trochę bardziej oderwanymi i abstrakcyjnymi pojęciami, to większość ludzi się po prostu gubi.

I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...”

Znacie ten wiersz Tuwima? Dokładnie o to chodzi!

A przecież piszę tu o najlepiej wykształconych, najbardziej – niby to – inteligentnych ludziach na ziemi! To czego się spodziewać po tak zwanej “średniej krajowej”?

Brak umiejętności operowania pojęciami abstrakcyjnymi, nieumiejętność tworzenia zasad ogólnych musi prowadzić– i prowadzi – do kultury plemiennej: "Jak Kali ukraść komuś krowa to być dobrze, a jeśli Kalemu ktoś ukraść krowa to być źle". I dokładnie to dzieje się tak na polskiej, jak i na amerykańskiej scenie politycznej!   

Wykorzystuje to drobna liczebnie, ale za to wpływowa „klasa polityczna”: za pomocą mediów szczuje nas na siebie. I – niestety – my dajemy się szczuć:  gotowi jesteśmy pokłócić się na śmierć z najbliższymi ludźmi, z przyjaciółmi, z którymi jedliśmy kisiel ze śniegu z jednego kotła w imię jakiegoś sukinsyna, którego nigdy w życiu nie widzieliśmy na oczy poza ekranem telewizora!

Żeby jakoś funkcjonować w tym świecie trzeba mieć strasznie słabą pamięć: pamiętać tylko to, co głosi „ostatnia wytyczna”. I ani trochę więcej! Przypomnijcie sobie – tak dla przykładu – ile razy niejaki Lech Wałęsa był dobry, zły, potem znów dobry, potem znów zły… Nie pamiętacie? No to poszukajcie w internacie: „Dziadek Google pamięta”…

Wczoraj akurat ogłoszono, że teczka „Bolka” jest autentyczna. Patrzę w Internet dziś z rana: z jednej strony: „Zamilczcie kaci!”, z drugiej: „IPN-owskie hieny”…  W obu przypadkach pisane przez ludzi, którzy kiedyś stali w jednym kręgu harcerskim i śpiewali „kto raz przyjaźni poznał moc, nie będzie trwonił słów”… I po co? W imię jakiegoś faceta, którego znamy tylko z fotografii?

Ja ich mam w dupie! W dupie mam pana Kaczyńskiego, Schetynę, Obamę, Trumpa, Wałęsę, Macierewicza, Petru, Szydło, Kijowskiego… (dopiszcie sobie kogo tam chcecie do tej listy). Interesuje mnie co się dzieję z moją rodziną, przyjaciółmi, znajomymi: z ludźmi, których znam, którzy coś naprawdę wnieśli w moje życie i są mi bliscy.

I dlatego nie zamierzam się dać wciągać w polityczne przepychanki! I Wam też radzę przynajmniej trochę odpuścić.

sobota, stycznia 21, 2017

Himalaje, Himalaje… Część 3: w Katmandu.



Katmandu z lotu ptaka wygląda pięknie! Miasto rozlewa się po zielonych pagórkach, gdzieś w dali, na północy widać te “prawdziwe góry”. Natomiast z dołu wygląda… hmm… jak by to powiedzieć? Powiedzmy, że “ciekawie”.

Lotnisko – jak lotnisko: najpierw kolejka do kontroli paszportowej posuwająca się w miarę sprawnie. W kolejce prawie w 100% turyści i prawie w 100% biali ludzie: Niemcy, Amerykanie, Włosi, Kanadyjczycy… No i większość „w moim wieku” lub starsi. Widać od razu kto napędza gospodarkę nepalską. Potem czekanie na bagaż. Tu są zawsze powody do niepokoju: „doleciał czy nie doleciał?”. No bo jak nie doleciał, to pupcia zbita: plan zakłada, że zaraz następnego poranka opuszczamy Katmandu i ruszamy dalej. No a bez bagażu raczej nie da rady. Na szczęście znów się udało, cały mój sprzęt dotarł na miejsce.

Prawdziwe życie i prawdziwa jazda zaczyna się przed lotniskiem: wsiadam w taksówkę i jedziemy do hotelu, który znajduje się w dzielnicy turystycznej Katmandu, zwanej Thamel. Jazda taksówą w każdym kraju rozwijającym się wygląda właściwie tak samo: siedzisz na tylnym siedzeniu samochodu mającego lata świetności dawno za sobą, trzymasz się jakiegoś uchwytu i zastanawiasz się czy zacząć od razu odmawiać modlitwę za umierających, czy pozostać na razie przy zwyczajnej modlitwie do Anioła Stróża. Za cienką warstwą samochodowej blacharki panuje  ruch jak na autostradzie do piekła, na dodatek jeszcze w Nepalu jeździ się lewą stroną. Wszyscy trąbią, auta wymijają się jakimś cudem w ostatniej chwili… Tylko policjant na środku skrzyżowania zachowuje stoicki spokój. No i jak to to zwykle bywa: wszystko się dobrze kończy, kierowca – stary wyjadacz - dowozi cię w jednym kawałku na miejsce, ty mu dajesz napiwek i wszyscy są szczęśliwi. Tak było też i ze mną.

Thamel - dzielnica turystyczna: spodziewałem się czegoś w rodzaju naszej Ulicy Floriańskiej w Krakowie. A tu taksówkarz wysadził mnie na jakiejś ciemnej, wyboistej uliczce  i pokazał mi jakąś bramę, w której miał się ponoć znajdować mój hotel. Trochę mnie to zaskoczyło, ale wszystko okazało się być w jak najlepszym porządku: hotel znajdował się na swoim miejscu, reszta ekipy czyli Bogdan, Mietek i Przemek mieszkali w nim już od wczoraj. Czyli dotarłem cało na linię startową wyprawy! Mieliśmy nawet łazienkę z jako-tako ciepłą wodą! Prysznic po takiej podróży jest zawsze bezcenny.



Poszliśmy razem na kolację do pobliskiego baru: zapoznałem się z lokalną wersją pierogów, zwanych w języku tubylczym „Momo” (nie zdając sobie zupełnie sprawy, że będzie to dla nas podstawowe pożywienie w najbliższych kilkunastu dniach). No i z lokalnym piwem „Gorkha”. „Jest piwo! Są pierogi! Nie ma źle!” – pomyślałem. Ogadaliśmy plan na następny dzień i w miarę szybko poszliśmy spać: Himalaje czekają, trzeba się wyspać.


środa, grudnia 21, 2016

Himalaje, Himalaje… Część 2: w drogę!




Znacie to uczucie: im bliżej wyjazdu, tym bardziej nie chce się jechać? Jakiś diabeł szepcze do ucha: "Aleś se chłopie wymyślił! Po co ci to? Nie lepiej siedzieć w domu?" Swoją drogą w listopadzie, w Arizonie takie kuszenie jest wyjątkowo pociągające: pogoda idealna, najpiękniejsze zachody słońca na świecie… Wystarczy ubrać polarek, usiąść w ogrodzie, sączyć drinka i cieszyć się widokiem.

Nie potrafię zrozumieć zupełnie ludzi, którzy czają się ze swoimi planami wakacyjnymi przed całym światem. Zrobiła się jakaś taka dziwna moda: wyjazdy z przyczajki. Żeby się przypadkiem nikt nie dowiedział! Cicho sza! Ani słowa! Straszne to i dziwne. Naprawdę tego nie rozumiem: popełnialiśmy wszystkie „obowiązki wobec ludzkości”: dzieci spłodzone, domy postawione, drzewa zasadzone… Mamy „ostatnie pięć minut” (no dobra, może 5, 10, 15 lat) kiedy możemy zrobić coś razem: tak jak kiedyś mieliśmy  taką okazję, gdy mieliśmy lat naście.  I normalnie masakra: zorganizowanie czegoś takiego graniczy niemal z cudem! Nie szkoda Wam?

Na szczęście poopowiadałem o tej wyprawie tu i tam, no i normalnie głupio było się wycofać („Hej panno! Po co łzy? Nic nie zatrzyma mnie! Po prędzej w morzu kwiat zakwitnie niż wycofam się”). Trzeba było zacząć się pakować. W pakowaniu na górskie wyprawy zawsze największy jest dylemat: „co zabrać”?  Z jednej strony przysłowie głosi: „lepiej nosić, niż się prosić”. A z drugiej… hmm… czy na pewno warto ciągnąć ze sobą ten cały majdan? Na szczęście mam w tej dziedzinie pewną wprawę, a dodatkowo tym razem sprawa była wyjątkowo prosta: dostałem listę sprzętu pod nos, towarzyszyła jej jeszcze informacja, że na lokalny lot w Nepalu  można zabrać maksymalnie 15 kg bagażu. Więc nie było wyjścia: trzeba się było spakować oszczędnie i lekko. 3 listopada z worem podróżnym i niedużym bagażem podręcznym stanąłem na lotnisku w Phoenix. Wiedziałam: nie ma już odwrotu ni ucieczki, teraz już tylko dalej: w nowy, zupełnie mi nieznany kawałek świata.

Uwielbiam lotniska! Jedno z moich marzeń, to zamieszkanie na lotnisku! Samo przebywanie w tej atmosferze sprawia, że bardziej żyję! Ten unoszący się w powietrzu zapach rozstań i powrotów, nadziei i tragedii…  Ci ludzie, którzy za parę godzin będą na drugim końcu świata, tam gdzie ich wiedzie los czy przeznaczenie… No i te stalowe bydlęta, warzące po kilkaset ton, które za parę minut wzlecą sobie w przestworza jakby nigdy nic. A już zupełny odlot, to lotniska na Bliskim Wschodzie! Zdarzyło mi się być na kilku i zawszy jest to niesamowite uczucie. Zderzenie Wschodu i Zachodu, Południa i Północy, historii i współczesności po prostu oszałamia.  Ludzie z wszystkich zakątków świata, wszystkich kultur, religii i języków mijają cię co chwilę. No i świadomość, że jesteśmy na wielkim skrzyżowaniu, gdzie przecinają się tysiące dróg i ludziach losów. Brakuje tylko, by od czasu do czasu przemaszerował przez lotnisko rzymski oddział legionistów lub karawana Beduinów. Tym razem wypadło mi lecieć przez Dohę, stolicę Kataru. Super nowoczesne lotnisko, pięknie zaprojektowane, czyste, perfekcyjnie utrzymane. Czasem słyszę jak różne mądrale opowiadają, że Muzułmanie to dzicz i barbarzyńcy. Cóż… polećcie sobie gdzieś na Bliski Wschód, poprzyglądajcie się… Wtedy pogadamy!

W Dosze przekimałem do rana, po czym wsiadłem w samolot do Katmandu. „Uff! Jeszcze tylko 5 godzin! To już z górki: parę tysięcy kilometrów… jak z bicza strzelił!” – myślałem sobie pakując się do kolejnego samolotu. I zaraz stanęły mi prze oczyma nasze stare czasy, kiedy to kupowaliśmy  z ekipą na limanowej stacji PKP bilet „do Chabówki i dalej”. A potem przekupywaliśmy konduktora, by za drobną część prawdziwej ceny biletu zwiózł nas na drugi koniec Polski („konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy”). Trochę czasu minęło, trochę się pozmieniało… O 15:40 samolot katarskich linii lotniczych zawiózł mnie do Katmandu.  

sobota, grudnia 03, 2016

Himalaje, Himalaje… Część 1: czyli jak to się zaczęło?



Ta wyprawa w ogóle nie była w moich planach: jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do Azji, a Himalaje zawsze były poza kręgiem moich zainteresowań. Po pierwsze kojarzyły mi się  z ludźmi, którzy w imię jakiegoś dziwacznie rozumianego pragnienia sukcesu gotowi są dać się zabić (sorka, imprezy pod tytułem „zdobyć Broad Peak, a następnie dać się zabrać z tego świata” nie wzbudzają we mnie żadnych pozytywnych uczuć. Tak, wiem: nie rozumiem magii gór i w ogóle. Trudo!). Po drugie Himalaje kojarzyły mi  się z ześwirowanymi frustratami, którzy  udając znawców, nurzają się w buddyzmie czy hinduizmie: z zapałem godnym lepszej sprawy mruczą „ohmmmm” lub inne tego typu bzdety i bardzo uczciwie udają, że coś tam z tego rozumieją. Kolejna nie moja bajka: za długo pracuję z Hindusami, by nie zauważyć, że w oparciu o tę religię i filozofię stworzono jeden z najbardziej barbarzyńskich systemów społecznych na świecie. No i wreszcie wydawało mi się, że najzwyczajniej jestem już na taką wyprawę za stary.

Ale gdzieś na początku roku 2016 pojawiła się OKAZJA: napisał do mnie Bogdan i doniósł, że zbiera się męska ekipa na wyjazd w Himalaje jesienią 2016. Bogdan to mój kumpel z poprzedniej pracy w Motoroli, śledzę od lat jego górsko-podróżnicze zapędy… Coś we mnie drgnęło. Jestem – czego by nie powiedzieć - przedstawicielem cywilizacji judo-chrześcijańskiej. No a 12 przykazanie, które Mojżesz otrzymał od Boga, brzmi: „Nie będziesz marnował okazji”.

Zawsze byłem lesbijką, czyli wolałem kobiety. I na stare lata coraz bardziej utwierdzam się w tej orientacji. No bo z facetami w tak zwanym „wieku średnim” to zwyczajnie nie da się wytrzymać! Ten nie może, tamtemu się nie chce, tego dupa boli, tamten ma znów głęboką depresję, kolejny jest wyjątkowo nieszczęśliwy… A jak mu powiesz, co o tym myślisz, to… się na ciebie obrazi! No i nie wiadomo: śmiać się? Płakać? Czy śpiewać „Wołga, Wołga mat’ radnaja”. Nawet na piwo nie da rady się z takim czymś umówić, a co dopiero w góry! Oczywiście zdarzają się wyjątki, które trzeba sobie cenić, bo nigdy nie wiadomo, czy gostkowi wkrótce nie odbije (dotyczy to jak najbardziej także i mnie). A tu nagle męska ekipa na wyprawę w Himalaje! No, nie dało się koło takiej propozycji przejść spokojnie.

Sprawdziłem terminy: listopad w robocie nie jest złym czasem na tego typu wyjazd. Sprawdziłem bilety do Katmandu: były w bardzo przyzwoitej cenie. Pogadałem z szefem, pogadałem z żoną… Wszystko zdawało się sprzyjać wyjazdowi. „Nie ma przypadków – są tylko znaki” -  za stary jestem, by tak ewidentnych znaków nie zauważyć. Decyzja zapadła: 20 marca kupiłem bilet lotniczy. Jadę!

Szczerze mówiąc nawet nie spojrzałem na mapę, by zobaczyć gdzie to właściwie jedziemy. Dotarło do mnie, że ogólny kierunek, to Everest Base Camp, ale w sumie to było mi zupełnie wszystko jedno: i tak nigdy tam nie byłem, więc każdy kierunek wydawał mi się równie atrakcyjny.

Ciąg dalszy - miejmy nadzieję - nastąpi...

wtorek, listopada 01, 2016

In necessariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas.

 

In necessariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas (św. Agustyn z Hippony)
(„W rzeczach koniecznych jedność, w wątpliwych  wolność, we wszystkich miłość”.)

Jestem już naprawdę stary, bo coraz bardziej drażnią mnie wszelkiej maści radykałowie, gotowi pozabijać wszystkich w imię jakichś szóstorządnych sporów. Właściwie każdy dzień dostarcza takich przykładów, ale dziś akurat Halloween i przykład – chciało by się rzec -  podręcznikowy.

Mieszkam już 20 lat w Stanach, więc trochę wiem o tym kraju. Jak tu przyjechałem, to w Polsce nikt (lub prawie nikt) o Halloween nie słyszał. Pierwsze spotkania z tym świętem raczej wyglądały dla mnie mało przyjemnie: jestem jednak człowiekiem przywiązanym do jako-tako racjonalnych zachowań i do naszej, polskiej tradycji. Więc Halloween kłuł mnie w oczy niemiłosiernie, z resztą kłuje nadal. Ale czy naprawdę jest to powód, by sobie skakać do oczu? By się wzajemnie obrażać, wyzywać albo od satanistów albo od ciemniaków? Czy jest to naprawdę sprawa zasadnicza? Czy wszyscy muszą w tej sprawie reprezentować "jedynie słuszne poglądy"?

Przez wiele lat bojkotowaliśmy rodzinnie Halloween. Taka demonstracja polskości, przywiązania do innej tradycji, do innego nieco rozumienia świata. Od paru lat przestaliśmy, bo stwierdziliśmy, że nie warto: w amerykańskiej tradycji to święto nie ma żadnego negatywnego wydźwięku, jest mniej-więcej odpowiednikiem naszego polskiego kolędowania. Jest to czasem jedyna w roku okazja, by pogadać z sąsiadami, pouśmiechać się do ludzi, powygłupiać razem. Że gdzieś tam jacyś szaleńcy odprawiają jakieś mroczne rytuały przy tej okazji? Ależ kij im w oko! Szaleńcy byli, są i będą. 

Z drugiej strony nikt nigdy nie skakał nam do oczu z powodu bojkotowania Halloween. Po prostu: mówiliśmy, że my tego święta nie świętujemy, czasem się ktoś popatrzył ze zdziwieniem i tyle. Czasem ktoś zapytał: „a dlaczego”? I gdy opowiadaliśmy, że polska tradycja jest inna, to słuchał z zainteresowaniem i mówił: „a to ciekawe!”. Na tym właśnie polega piękno i potęga amerykańskiej tradycji i kultury: że wciąż jeszcze nikt ci tu nie narzuca jedynie słusznych poglądów, jedynie słusznych tradycji i jednego sposobu życia. Że można tutaj wciąż być innym niż wszyscy.

Importowanie Halloween do Polski to dla mnie rzecz dziwaczna. Trudno nie dostrzec w tym jakichś zupełnie niezrozumiałych kompleksów. Święto jest absolutnie „plastikowe”. W Stanach ta plastikowość nie razi,  bo cala Ameryka jest taka: prowizorka posklejana taśmą klejącą. W polskich warunkach jest to dziwoląg. Mamy jedną z najpiękniejszych na świecie tradycji jeśli chodzi o relację z tymi, którzy odeszli. No może południowoamerykańskie tradycje prezentują podobną klasę i głębię. Ale ludzie! Jak se ktoś chce podziwaczyć, to dajcież mu spokój! Niechże se podziwaczy. Świat się z tego powodu raczej nie skończy.

poniedziałek, lutego 22, 2016

Et dimitte nobis debita nostra...


Miałem zamiar nie odzywać się w sprawie Lecha Wałęsy i archiwum Kiszczaka, ale chyba jednak parę słów napisze. Et dimitte nobis debita nostra…

Zacznę od stosunku osobisto-emocjonalnego: otóż nie posiadam takiego. Ze 30 lat temu, to i miałem: za zdjęcie z autografem Wałęsy oddałem – o ile pamiętam – porządną, NRD-owską „finkę”. I byłem bardzo dumny z posiadania zdjęcia i autografu Lecha. Potem mi go bezpieka zabrała, jak wpadła na rewizję, ale to już inna historia. A mi potem przeszło: Wałęsa jako Prezydent klasy raczej nie pokazał, był kompletnie niespójny, bronił komunistów, wzmacniał lewe nogi, i takie tam…

To, że Wałęsa w latach 70-tych był płatnym agentem uważam raczej za fakt bezsprzeczny i udowodniony. Że co? Że sąd lustracyjny uznał, że Wałęsa agentem nie był? Bez jaj, chłopaki! Uznał tak tylko dlatego, że przyjął skrajnie korzystną dla podsądnego interpretację, że jeśli nie zachowały się oryginalne dokumenty i podpisane własnoręcznie zobowiązanie do współpracy, to współpracy nie można uznać za udowodnioną. Ciekawe jakby wyglądało sądownictwo, gdyby podobne zasady przyjąć w sprawach karnych czy cywilnych?

Parę spraw wydaje mi się dziwnych. Na przykład zadziwia mnie jak nagle z dnia na dzień namnożyło się „ekspertów” od historii najnowszej. Co jeden – to mądrzejszy. Co jeden – to bardziej pewny siebie. I to po obu stronach barykady! Analizują, polemizują, się plują… A przecież dokumentów z „szafy Kiszczaka” prawie nikt jeszcze nie widział na oczy! Ale co tam! Kto by się tam takimi szczegółami przejmował, kiedy - wicie, rozumicie - tu się walec historii (najnowszej) toczy.

Bardzo porządne dziewcze „jest pewne”, że Wałęsa nie współpracował. No to się pytam, czy czytała książkę „SB a Lech Wałęsa: przyczynek do biografii” Cenckiewicza i Gontarczyka. Nie czytała, bo ją “nie interesują UB-ckie teczki”. Ona po prostu wie: czuje to swoim mateczko-dziewczęcym sercem. I jakby tylko mogła, to by przytuliła Wałęse do swego łona. No i super, kochaniutka! Ale skoro tak, to daj sobie spokój z historią najnowszą, zajmij się jakimś pożytecznym zajęciem (A bo ja wiem? Psychologią? Haftem krzyżykowym? Grą na pianinie?).  Pytam innego “eksperta” o to samo: nie czytał, bo uważa, że ci panowie są nieobiektywni i uprzedzeni do Wałęsy. Kochaniutki! A skąd wiesz, że są uprzedzeni, skoro nie czytałeś? To podaj mi tytuł jakieś solidnej, nieuprzedzonej monografii na ten temat – ja chętnie przeczytam. Tylko nie jakieś propagandowe gnioty, a rzetelną analizę materiału źródłowego. No chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przez 25 lat od słynnej „transformacji ustrojowej” nikt nie napisał porządnej biografii politycznej Lecha Wałęsy?

Po drugie dziwi mnie sekwencja wydarzeń. Coś tu za dużo zbiegów okoliczności i przypadków: najpierw Wałęsa wyciąga z niebytu sprawę „Bolka”. Przecież dokąd Wałęsa o tym nie zaczął mówić, to nikt się tym w ogóle nie interesował! Tak nagle się chłopu zebrało i nagle zapragnął gorąco by tę sprawę wyjaśnić. Potem się z tego pomysłu wycofał i akurat parę dni później stara Kiszczakowa sobie ni stąd ni zowąd przypomniała, że przecie w szafie leżą kwity „Bolka” i może by warto je sprzedać. A sam zainteresowany wyjechał sobie za granicę. Nie za dużo tych przypadków? Mi to tak trochę wygląda na zaplanowaną wcześniej grę operacyjną. Obliczoną na przykład na obalenie rządu i rozpisanie przedterminowych wyborów. Jeśli taki plan by istniał, to niebawem powinni z niebytu wyłonić się starzy SB-cy i gromadnie zaświadczyć, że Wałęsa nigdy nie współpracował, że teczka „Bolka” to fałszywka. Może nawet duch Kiszczaka ukarze się w TVN i wystawi Wałęsie świadectwo moralności? Ale może się okazać, że gracze się przeliczyli: że liczyli na to, że uda się podpuścić jakieś czołowe twarze z PiS-u do anty-Wałęsowskiej histerii, że ktoś z nich coś chlapnie. I potem będzie można na tym „jechać”, zbierać różne „manify” w obronie Wałęsy. I jakoś „wespół-zespół” z KOD-em doprowadzić rząd PiS do upadku. Tylko, że jak na razie, to zdaje się, że PiS się nie daje sprowokować, nikt z ważniejszych twarzy rządu nie zabiera w tej sprawie głosu. Może się, cholera, okazać, że cały pogrzeb na nic!

Na taki scenariusz wskazuje też fakt, że „anty-PiS-owcy” zaraz zrozumieli (nikt im oczywiście nie podpowiadał), że wszystkiemu winny jest oczywiście… Kaczyński! No, jeszcze nikt co prawda nie napisał, że to Kaczyński dyktował „Bolkowi” donosy i że przebrał się za Kiszczakową i poleciał do IPN-u, ale też ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane. Wiadomo, że Kaczyński straszliwy jest i odpowiada za wszystkie nieszczęścia. Nawet za „gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz”. Ale takie reakcje, to może być po prostu Kompleks Białej Chusteczki (jakby ktoś z Was nie wiedział, co to jest KBCh, to objaśnienie można znaleźć tutaj).

Od pytania „czy Wałęsa donosił w latach 70-tych?” jest pytanie: „co się stało z Wałęsą w latach 80-tych i 90-tych?”. Te pytania są – jak na razie – praktycznie nietknięte. Wersja hagiograficzna podaje, że 1976 Wałęsa się spod wpływów bezpieki „wyzwolił”. Hola, hala: tak sobie wziął i tak po prostu się wyzwolił? I jego oficer prowadzący mu tak po prostu na to pozwolił? I nie dostał za to po dupie? Nie zabrali mu premii? Nie wypieprzyli go na zbity pysk? Ciekawe jest też czemu Kiszczak posiadając taką wiedzę o Wałęsie nie wykorzystał jej przeciw niemu w latach 80-tych, choćby w słynnej sprawie skompromitowania Wałęsy i zablokowania przyznania mu Nagrody Nobla? Przecież ponoć bezpieka miała prowadzić całą operacje fałszowania dokumentów, by tylko zablokować Wałęsowskiego Nobla! To po cholerę było coś takiego robić, gdy teczka „Bolka” leżała sobie spokojnie u Kiszczaka? Podobne pytania nasuwają się też o do lat 90-tych: na ile Wałęsa już jako Prezydent III RP był zakładnikiem „Bolka”? Kto nim kierował? Kto pociągał za sznurki?

Najsmutniejsze jest to, że Wałęsa przez wszystkie te lata miał (i w sumie cały czas ma) w ręku klucz, by tę sprawę zamknąć. Nie tylko swoją własną: sprawę całościowego rozliczenia się z komunizmem. Pomyślcie: czy gdyby w 1989 roku Wałęsa otwarcie przyznał co się stało, czy byłyby choć jeden normalny człowiek, który by tego nie zrozumiał? I byłoby po sprawie: nikt by go nie mógł szantażować, nikt by się do niego nie mógł przyczepić. A tak, to się to ciągnie wszystko już ponad 25 lat. Szkoda.
 

niedziela, lutego 21, 2016

“Soy un Polaco”



Jeśli macie wątpliwości jak wiele Polska zawdzięcza Janowi Pawłowi II, to wybierzcie się koniecznie do Meksyku. Nie znacie hiszpańskiego? Nie szkodzi, nie przejmujcie się: nauczcie się tylko prostego zwrotu: “Soy un Polaco”. Jak coś nie idzie, jak czegoś potrzebujecie, to po prostu mówcie: “Soy un Polaco”. W odpowiedzi usłyszycie: „Aaaa… Polonia! El Papa Juan Pablo II!”. Potem będzie obejmowanie, misiaczki i poklepywanie po plecach. I już jesteście “swoi” i możecie liczyć na pomoc. (Zdarzyło mi się też usłyszeć jeden raz: “„Aaaa… Polonia! Lewandowski!” oraz „Aaaa… Polonia! Auschwitz!” – to tak pod rozwagę tym, co uważają, że Polska nie musi prowadzić żadnej polityki historycznej).

Aż się wierzyć nie  chce, że jeden człowiek mógł tyle zrobić dla Polski w takim dalekim zakątku globu. Na ostatnim zadupiu, w chałupie na końcu świata znajdziecie na ścianie zdjęcia Jana Pawła II. W taksówkach w meksykańskich miastach – to samo. I praktycznie każdy Meksykanin mówi to samo: „On do nas przyjechał pierwszy! Potraktował nas jak ludzi, z godnością”. I oni to pamiętają do dziś.

Meksyk jest w ogóle pięknym krajem, bardzo różnorodnym, z niesamowitą przyrodą, krajobrazami i kulturą. Właśnie parę dni temu wróciłem z wyprawy na najwyższy szczyt w tym kraju, czyli Pico de Orizaba. Nie powiem, dostałem nieco w tyłek, bo góra wysoka: 5,636 m / 18,491npm. A że czasu mało, praktycznie tylko jeden dzień na aklimatyzację, to trochę się trzeba było wysilić. Ale się udało: szczytowanie po 8.5 godzinach wspinaczki się odbyło i wrócić się też udało cało. Przy okazji pooglądałem sobie jeszcze piękne, barokowe centrum Puebla i pobliskie Cholula, gdzie prekolumbijska piramida (największa na świecie) brata się ze 143 barokowymi kościołami. 

Tak, że jakbyście mieli problem gdzie się wybrać na wakacji – to Meksyk jest zdecydowanie wart polecenia. Ja mam cichą nadzieję jeszcze tam wrócić.

Jakbyście chcieli pooglądać trochę zdjęć z Meksyku, to zapraszam tutaj:  Pico de Orizaba 2016

czwartek, stycznia 28, 2016

Zanim się zacznie...



“Jacenty! Tylko się nie wdaj w jakąś aferę!” – myślałem sobie lecąc do Polski. „Siedź cicho! Nie odzywaj się bez potrzeby! Żadnych dyskusji o polityce!”.

Nie dziwcie się: jak się patrzy na Polskę z perspektywy arizońskiej pustyni, przez pryzmat tego, co się przeczytało w Internecie… Oj nie wygląda to dobrze: kraj na skraju wojny domowej, Bundeswera na granicy… KOD-owcy wieczorami napełniają butelki benzyną i ćwiczą śpiew pieśni partyzanckich. PiS-owcy szkolą trójki robotnicze, by w razie czego stanąć w obronie Rządu… Masakra! „Wiersz idioty odbity na powielaczu”!

Przyleciałem… spotkałem się z paroma ludźmi… I tymi z KOD-u, i z tymi z  PiS-u. Nawet o polityce dało się rozmawiać. Nikt jakoś mnie nie pobił, nikt się na nikogo nie rzucił… Owszem, dowiedziałem się, że (a) jestem wredny; (b) stawiam złośliwe pytania z tezą; (c) obrażam ludzi. Co do (a) i (b), to zgoda. Ale z tym obrażaniem ludzi to chyba przesada? Przez myśl by mi nie przyszło, że nazwanie kogoś „lemingiem” może być obraźliwe. Co innego powiedzieć do kobiety „kotku”: w moim wykonaniu znaczyło by to tyle, co „ty wredne bydle”. Ale leming? Miłe zwierzątko przecie…

Zdaję sobie sprawę, że moja ocena sytuacji może być nie do końca prawdziwa: po prostu mam fajnych znajomych. Ale i tak szokuje mnie różnica miedzy tym, co można przeczytać  w Internecie, a tym jak to wygląda „na ziemi”.

Żeby było jasne: działa to jak najbardziej w obie strony. Dam Wam przykład arizoński. Budzę się któregoś dnia rano, włączam komputer… a tu ekran się prawie topi: „Co się tam u Was dzieje???” – czytam. „Co to za masakra??? Czy dzieci są bezpieczne???”. "Ocho! Coś się musiało stać, o czym nie wiem" – pomyślałem. Otwieram jakiś polski serwis internetowy i czytam: „Masakra w Arizonie. Kolejna strzelanina na amerykańskim uniwersytecie.” Ano tak: we Flagstaff, gdzie akurat studiują moje dzieci. Dzwonię do Dominika, by się dowiedzieć jak tam sytuacja: dostałem jedynie opiernicz, że go obudziłem. O żadnej masakrze nic nie słyszał, dowiedział się ode mnie. Okazało się, że w nocy na terenie uniwersytetu doszło do sprzeczki miedzy studentami. Kilku pijanych gostków zaczepiło i chciało pobić młodego pierwszoroczniaka. Chłopak wyciągnął broń, padł strzał… jeden z napastników stracił życie. Nie chcę powiedzieć, że się nic nie stało: głupia, niepotrzebna śmierć („zabił się młody, z razu jakaś trwoga…”). Ale żeby od razu „masakra”? Za czasów mojej młodości była by z tego historia typu: „pobili się dwaj Górale o Marysię”: w lokalnej prasie by o tym napisali, ludzie by pogadali i pożałowali. A dziś? Matko! Afera na skalę światową!

A póki co, to pozdrowienia z Berlina. Wbrew temu, co na Facebooku pokazują nie widać tu żadnej paniki na ulicach, nie spotkałem ani jednego podejrzanego typa, życie się toczy normalnie. Wiem, że nie brzmi to interesująco…

piątek, stycznia 15, 2016

Z Nowym Rokiem - nowym krokiem...



Nowy Rok, Nowy Rok… Wiadomo: nowe plany, nowe pomysły i sprawy… Postanowiłem między innymi, że spróbuje wrócić to zapisywania tego, czy owego… Nie wiem czy coś z tego wyjdzie – „za stary jestem, by uwierzyć w rewolucję” – ale spróbuję…

Przyleciałem wczoraj do mojej Małej Polski, czyli Limanowej. Taka krótka „wpadka” na weekend, bo w poniedziałek muszę już być w pracy w Berlinie. Dziś oczywiście obudziłem się o 3 rano: przestawienie się z czasu arizońskiego na środkowoeuropejski trochę jednak zajmuje. Popracowałem trochę… Zrobił się czas przedporanny, więc postanowiłem pójść na lekki spacerek na Miejską Górę. To blisko: będzie pewnie z 2-3 km ode mnie z chałupy i może z 300m pod górę. Śnieg trochę popadał w nocy, zrobiło się pięknie biało. Niebo zachmurzone, w powietrzu zapach palonego w piecach węgla (taki w sumie zapach mojego dzieciństwa). No i pięknie było! Oczywiście przemoczyłem buty na wskroś, spodnie mokre do kolan… „Włos dziki, suknia plugawa” – rzekłby poeta. „Wyglądasz jak cić!” – powiedziała mi parę dni temu moja Pełnym Tytułem Małżonka ☺. Nie wiem co to jest ten „cić”, ale zgaduję, że to nie komplement ☺. W drodze powrotnej napiłem się jeszcze kawy: cuda, panie, cuda: w Limanowej o ósmej rano można się napić kawy, zupełnie przyzwoitej! Czyż życie nie jest piękne?

Ludzie się mnie czasem pytają: „że ci się tak chce, Jacenty…?”. Zawsze się czuję wtedy zafrasowany i nie bardzo wiem co odpowiedzieć. „A Tobie się nie chce?”. „A powinno mi się niechcieć?” …

Dobra, nie czas na filozofię! Rano trzeba wstać: ruszamy na Łopień do bacówki na śniadanie!

piątek, maja 30, 2014

Przyglądam się z dużym rozbawieniem szumowi, który się gwałtownie zrobił wobec “deklaracji wiary lekarzy”. Akcja jest koordynowana z Limanowej, powiedzmy więc, że mam akurat na ten temat informacje z pierwszej ręki. Oczywiście samemu jazgotowi medialnemu się nie dziwie, natomiast parę pytań w tej sprawie warto postawić. Zastanówcie się sami nad odpowiedziami, macie wszak własny mózg…

Po pierwsze: “dlaczego teraz”? Cały pomysł deklaracji został upubliczniony chyba pod koniec lutego czy na początku marca. Słyszeliście o tym? Napisał o tym ktokolwiek? Nie mówię tu jedynie o przeciwnikach: o zwolennikach także. Sprawdźcie sobie sami: jak w końcu w “Gościu Niedzielnym” pokazała się jakaś informacja na ten temat, to… nie w było w niej odnośnika do strony internetowej, na której można było deklarację podpisać! Deklaracja jest w zamyśle autorki wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Czemu zatem przy okazji kanonizacji samej nikt się praktycznie na ten temat nawet nie zająknął? Przez dwa miesiące było “cicho-sza”. A teraz nagle  “buuuum”? Gdy jest to już właściwie “musztarda po obiedzie”? Czyż nie ciekawe zjawisko?

Po drugie: “o co właściwie cały ten szum”? W Polsce jest jakieś 75 tysięcy lekarzy, pielęgniarek i  położnych pewnie ze trzy razy tyle… Czyli powiedzmy optymistycznie, że ze 2% się pod tą deklaracją podpisało. Szum powinien być dokładnie “w odwrotną stronę”:  to Kościół Katolicki powinien bić na alarm, że tylko 2% medyków przyznało się jawnie do 100% zgodności z kościelnym nauczaniem! A tu demoliberalne media trąbą na trwogę, och… och… brakuje tylko, by jakaś skatowana lewicowa bez-dusza targnęła się na własne życie w akcie rozpaczy i  desperacji.

Po trzecie: „komu ten szum jest potrzebny i po co”? Znam ludzi, którzy tą akcję koordynują. Znam ich od lat. Nic z tego nie mają: są po prostu zaprzyjaźnieni z inicjatorką akcji, panią Pułtawską i głęboko nią zafascynowani. Nie oni wywołali ten szum. Nie wywołała go też sama inicjatorka. Na Jasnej Górze wisi sobie pewnie z 500 tysięcy różnego rodzaju wotów i deklaracji. Jakoś z tego powodu świat się nie wali… Kto zatem zwietrzył, że można na tym szumie skręcić biczyk z piasku albo zrobić interesik niemały? Kto się obawia, że w razie czego, to lepiej krzyczeć, bo się nie daj Boże straci?

O samej deklaracji, to mi się nawet pisać nie chce: żeby w wolnym kraju człowiek nie mógł wypowiadać się na temat tego w co wierzy i co jest dla niego ważne??? I jeszcze jazgot w tej sprawie robią dokładnie ci sami ludzie, którzy mają pełne gęby frazesów o wolności słowa, tolerancji i szacunku dla innych poglądów! Wstyd, obciach i tyle!

Z drugiej strony, to niech „druga strona” nie udaje greka, że ta deklaracja nie jest ideologiczna i nie jest wypowiedzeniem wojny religijnej. Jest: widać to na pierwszy rzut oka. Nie mówię, że to coś złego: myślę, że taka wojna jest potrzebna i jest o co walczyć. Tylko trzeba sobie zdawać sprawę z konsekwencji: jak się chcę pracować w państwowym szpitalu na stanowisku „ginekolog-aborter”, gdzie w zakresie obowiązków jest wpisane wykonywanie zabiegów przerywania ciąży, to sorry, ale nie można mówić, że się tego robić nie będzie.  Jak się tak mówi – to się wylatuje z pracy. I nie ma znaczenia z jakich powodów: powoływanie się tu na wiarę czy niewiarę nie ma nic do rzeczy. I nie jest to żadne „prześladowanie ze wiarę”, tylko prosta konsekwencja niewywiązywania się z obowiązków służbowych.

A po trzecie, to proponowałem koordynatorom akcji, by dopisać do tej deklaracji takie punkty:

Jako lekarz-katolik nie byłem, nie jestem i nie będę na liście płac żadnego koncernu farmaceutycznego lub producenta sprzętu medycznego. Prowadząc terapię będę kierował się wyłącznie dobrem pacjenta i nie będę pobierał z tego tytułu – pośrednio lub bezpośrednio - żadnych dodatkowych korzyści majątkowych. A jak kiedyś złamię tą obietnice, to niech mnie piekło pochłonie i niech mi dzieci makaronem obrosną. (A swoją drogą: jakby tak ktoś mógł zrobić nielegalnie cross-check listy lekarzy katolickich z listą beneficjentów polskich koncernów farmaceutycznych i opublikować wynik w Internecie? A jeszcze lepiej listę WSZYSTKICH lekarzy, którzy są przez koncerny opłacani?)

Jako lekarz-katolik nie będę wykorzystywał sprzętu, budynków i innych przedmiotów materialnych należących do Państwa Polskiego do prowadzenia prywatnej, odpłatnej działalności medycznej. A jeśli kiedykolwiek to robiłem w przeszłości, to ukradzione w ten sposób pieniądze oddam poczwórnie i przekażę na cel leczenia chorych dzieci.

Jako lekarz-katolik nie przyjmuję łapówek, prezentów i dowodów wdzięczności. Proszę mi takowych nie wręczać, bo będę musiał odmówić ich przyjęcia (a nie chciałbym sprawiać nikomu przykrości).

Cóż… koordynatorzy akcji nie byli tym postulatem zainteresowani. Ale – (w sumie, niestety) – jakoś się wcale im nie dziwię…