czwartek, maja 03, 2018

Nie strzelać do posłańca!


Ostatnio opublikowałem kilka dokumentów archiwalnych dotyczących naszej harcerskiej przeszłości. Stare dobre lata 80-te dwudziestego wieku (ach jak to brzmi!). Wydaje się, że wczoraj, a tu 30+ lat minęło! No i okazuje się, że nie jest to wcale „dawno i nieprawda”, że ta historia jak najbardziej żyje. Jeszcze dobrze nie zdążyłem nacisnąć „Enter”, a już dostałem od kilku ludzi pytania: „Czemu to robisz?? Komu to ma służyć??? Po co???” Pozwolę więc sobie na te pytania w nieco dłuższym wywodzie odpowiedzieć.

Pierwsza sprawa, która mnie fascynuje, to właśnie takie pytania. Nie wiem, czy zauważyliście, ale to są dokładnie te same pytania, które wtedy, w 80-tych latach stawiali nam przedstawiciele władzy. Pamiętacie „Seksmisję”? Została tam uwieczniona ta właśnie kwestia w prześmiewczej formie: „Lamia! Zastanów się komu pomagasz!”. Po prostu najważniejszy jest grupowy / plemienny interes, zawsze trzeba być „z nami albo przeciw nam”, zawsze trzeba komuś służyć. Niby tyle lat minęło… A my wciąż myślimy tymi samymi kategoriami!

Otóż, nikomu nie służę. Nie mam żadnej ukrytej agendy, nie jestem żydem, masonem, cyklistą, sadystą, maszynistą ani żadnym innym -istą. Przynależę, co prawda do kilku organizacji, ale nie realizuję żadnego tajnego planu. Po prostu interesuje mnie moja własna i nasza wspólna historia: „czasem łapię się na tym, że się grzebię w przeszłości”. I to wszystko. A, przepraszam, jeszcze jedno: lubię wiedzieć. Wiem co prawda, że stare rosyjskie przysłowie powiada, że „kto nie wie – ten śpi w poduchach, kto wie – tego wiodą w łańcuch”, ale trudno: ryzykuję :-p

Nie „zioną nienawiścią”, nie „mszczę się”, nie odczuwam żadnej satysfakcji z tego, że ten czy tamten okazał się agentem bezpieki. 

Leży przede mną teczka TW: znam człowieka, chodził ze mną do tej samej klasy w szkole średniej. Przydybali go: jeździł czasem na Węgry, by coś tam pohandlować, przyczepili się do jego wniosku paszportowego, przysłali wezwanie do stawienia się na komisariacie… Widzę oczami wyobraźni, jak gostek idzie na komendę, trzepiąc portkami albo przynajmniej się dziwiąc: „Czego ode mnie chcą? Co mi zrobią?”. Podpisał zobowiązanie, przez rok spotykał się z oficerem prowadzącym, dostał jakieś tam drobne pieniądze… Był dobrym agentem: mocodawcy byli z niego zadowoleni. 

Czy ja bym postąpił inaczej? Trudno powiedzieć: dziś to łatwo być gierojem. A o sobie wiemy tylko tyle, na ile zostaliśmy sprawdzeni. Tak, że nie potrafię mieć pretensji czy moralizować. Natomiast jest mi żal, że przez te 30 lat chłopak nie zrobił zwykłej imprezy, nie postawił flaszki i po prostu nie powiedział: „Słuchajcie chłopaki: przepraszam. Była taka sytuacja…”. Myślę, że każdy by to zrozumiał.

I to jest niestety prawidłowość ogólna: wszyscy ci ludzie umaczani we współpracę z komunistycznymi służbami wciąż postępują zgodnie z instrukcją na wypadek dekonspiracji: „po pierwsze: nigdy nie paliłem; po drugie: nawet jak paliłem – to się nie zaciągałem; a po trzecie: nawet jak się zaciągałem, to przecież nikomu nie szkodziłem”. Czyli po prostu idą w zaparte. Szkoda: mogliśmy dawno mieć to już wszyscy za sobą. 

Inna ciekawa prawidłowość to postawa typu: „nie chcę nic o tym wiedzieć, ale będę uparcie o tym dyskutować”. Taka osoba w życiu nie widziała, jak wygląda teczka tajnego współpracownika, ma zerową wiedzę na temat materiałów archiwalnych, ale i tak wie, jak było. Wie, że ten człowiek nie był żadnym agentem, a nawet jak był – to na pewno nie donosił, a nawet jak donosił, to na pewno nikomu nie szkodził. Oczywiście każdy może sobie wierzyć w co chce. Ale litości: nie rozmawiajmy o książkach, których nie czytaliśmy!

niedziela, kwietnia 29, 2018

Quod scripsi scripsi!


Och, wiem, że się niektórzy obrażą, ale trudno: prawda przeciw światu!

Zanim więc napiszę o pomocy osobom niepełnosprawnym, pozwolę sobie przedstawić moje „listy uwierzytelniające” co do tej sprawy. Amerykanie powiadają, że "a picture is worth a thousand words", więc oto i obrazek:



Do obrazka dodam tylko, że praktycznie nigdy nie byłem związany z tak zwanym „środowiskiem osób niepełnosprawnych i ich opiekunów”. Nie żebym nie chciał: nie dało się. Czemu? Otóż owe „środowisko” składało się z dwóch rodzajów ludzi. Z jednej strony były osoby niepełnosprawne, dla których właściwie całe życie kręciło się wokół pytania: „Dlaczego ja i kto jest temu winny?”.  A z drugiej strony – ich opiekunowie: w wielu przypadkach różne niedowartościowane istoty, którym koniecznie było potrzeba, by się nad kimś litować, samemu w ten sposób się dowartościowując. Tworzyło to pewnego rodzaju symbiotyczny układ. Uwaga! Podkreślam: jest to uogólnienie, ale uważam, że – niestety – uzasadnione. Przez 30 lat obserwuję te sprawy i coś tam o tym wiem. Owszem, wyjątki się zdarzają i chwała im za to. Ale obraz ogólny jest taki, jak przedstawiłem powyżej.

Z resztą: sprawdźcie to sami: poszukajcie w waszym otoczeniu ludzi niepełnosprawnych, którzy są jako-tako szczęśliwi i spełnieni w życiu i zapytajcie ich co myślą o „środowisku niepełnosprawnych". Mogę postawić dolary przeciwko orzechom, że usłyszycie coś w tym rodzaju: „wiesz… no, nie wiem, bo właściwie, to nie uczestniczę”.

Ja po prostu miałem to szczęście, że nie miałem najmniejszego problemu z odpowiedzią na powyżej postawione pytanie: „Dlaczego ja? I kto jest temu winny?”. Odpowiedź była zawsze banalnie prosta: „Bo byłeś głupi i sam sobie zgotowałeś ten los. Nikt inny nie jest temu winny, tylko ty sam”. Gdy coś takiego mówiłem w „środowisku”, to i jedna i druga strona patrzyła na mnie jak na przybysza z Marsa! W końcu jedna z „wrażliwych istot opiekujących się biednymi niepełnosprawnymi” powiedziała mi, że po prostu nie nadaję się na osobę niepełnosprawną i lepiej będzie, jak sobie pójdę. Spoko, nie miałem pretensji ;-)

Wbrew pozorom jest to najważniejsza sprawa w całym problemie niepełnosprawności. Bez poradzenie sobie z tym pytaniem nie ma najmniejszych szans, by człowiek wyszedł na prostą. Zawsze będzie obracał się wokół własnego nieszczęścia i szukał winnych. I zawsze sobie jakichś tam znajdzie! W ślad za tym idzie roszczeniowe patrzenie na życie i przekonanie, że skoro jestem taki biedny i nieszczęśliwy, to mi się należy pomoc.

Popatrzcie na ludzi, którzy będąc niepełnosprawni zachowali jakąś życiową normalność: wszyscy, co do jednego charakteryzują się tym, że albo nie mają kogo za swój los obwiniać (bo dobrze wiedzą, że są sami sobie winni), albo po prostu znaleźli jakiś głębszy sens w swojej sytuacji życiowej. Na ogół po prostu spotkali w swym życiu Boga. Albo -  i jedno i drugie.

Nikomu nic się nie należy tylko z tego powodu, że nie ma ręki, nogi czy mózgu! Rola państwa jest tu zerowa! A właściwie, to nawet ujemna: niech po prostu państwo przestanie okradać swój własny naród, tak, by ludzi było stać, by sobie wzajemnie pomagać. Więc jak chcecie pomagać niepełnosprawnym, to walczcie o to, by państwo przestało Was rabować.

Czemu w Polsce można odpisać tylko 1% podatku na rzecz organizacji charytatywnych? W USA można podarować co roku 50% swoich dochodów na takie cele! Czemu w Polsce nie można? Czemu rodziny, które opiekują się osobą niepełnosprawną płacą podatek dochodowy? Czemu jak osoba niepełnosprawna pracuje, to musi płacić podatki?

I powiem Wam tak: rzygać mi się chcę jak widzę, gdy w imię kolejnej politycznej napierniczanki nagle namnożyło się kolejnych wrażliwców, co to los niepełnosprawnych spędza im sen z powiek! Dajcie sobie siana! Chcecie pomagać? To, do nędzy prostytutki, znajdźcie niepełnosprawnego w swojej okolicy, poznajcie go i jego potrzeby i mu pomóżcie. Albo poszukajcie lokalnej organizacji, która wie, jak to robić i im pomóżcie. A nie wycierajcie sobie nami mordy do waszych klanowych, PO-PIS-owskich wojenek! 

Quod scripsi scripsi!

Jacenty


poniedziałek, marca 26, 2018

Karaiby (9)


Dzień 14: 2 luty 2018

Tym razem ruszmy na wschodnie rubieże Martyniki. Na początek zatrzymujmy się na chwilę w La Matin, żeby jeszcze raz zobaczyć kościół i cmentarz. Lokalne cmentarze są ciekawe: przypominają nieco te z Nowego Orleanu i te z Polski. Różnica jest taka, że zamiast marmurów, jak u nas, groby pokrywają… kafelki! Takie jak u nas zakładano w łazienkach w latach 80-tych. 


Przy okazji na lokalnej tablicy informacyjnej zauważyłem miejsce o nazwie Pointe Marie-Catharine. Na tym wysuniętym w Ocean Atlantycki cyplu ma się znajdować kaplica Matki Boskiej, patronki żeglarzy. Wygląda ciekawie! Jedziemy! Nie jestem pewny jak tam trafimy, bo mamy dość mało dokładną mapę. Ale co tam! Spróbować można! Na szczęście okazuje się, że droga jest oznaczona drogowskazami: kluczymy po wąskich dróżkach, i po kilkunastu minutach jazdy docieramy do celu. 


Miejsce jest piękne: rozległy płaskowyż, pokryty trawami, prawie że w jesiennych kolorach. A na jego końcu, mała, wysmagana wiatrem kapliczka. 


Na prawo i lewo dwie piękne, szerokie plaże: z lewej Anse de Grand Macabou, a z prawej Anse Grosse Roche. Na spacer wybieramy tą drugą.


Ruszamy dalej: chcemy dotrzeć do rybackiej wioski Grand’ Riviere, położonej na samym północno-wschodnim końcu wyspy. Jedziemy cały czas wzdłuż wschodniego wybrzeża, kierując się na północ. Ta strona wyspy jest znacznie bardziej cywilizowana i ułożona. Droga biegnie przez niekończące się plantacje bananów, rozpostartych po pagórkach. Czasami wydaje mi się, że jadę „zakopianką”, gdzieś w okolicy Mogilan. Tylko skąd się w Mogilanach wzięły bananowce???


Im dalej na północ, tym robi się ciekawiej. Droga zaczyna piąć się krętymi serpentynami po stromych zboczach, miasteczka robią się mniej cywilizowane i biedniejsze. W końcu docieramy do Grand’ Riviere. Tu droga kończy się w porcie rybackim: dalej można iść już tylko piechotą. 


Zjadamy lunch w nadbrzeżnej restauracji (no, to tak raczej szumnie powiedziane: raczej jest to budka z jedzeniem i paroma plastikowymi stolikami). 


Potem krótki spacer po wiosce: nie ma za bardzo co zwiedzać, bo poza kościołem, paroma restauracjami i hotelikami nic tu praktycznie nie ma. 


Ruszamy z powrotem. Na koniec dnia docieramy na plażę w miejscowości Tartane, leżącej na wychodzącym w Atlantyk półwyspie Presqu'Île de la Caravelle.



Dzień 15: 3 luty 2018

Pora się zbierać do domu! Ale zostało nam jeszcze parę godzin do odlotu. Postanawiamy więc pojechać do miasteczka Anses-d'Arlet, które w przewodniku opisywane jest jako najbardziej urocza wioska rybacka na Martynice. Właściwie, to przejeżdżaliśmy przez nią parę dni wcześniej, ale było już późno i nie starczyło czasu, by się zatrzymać. Postanawiamy więc spędzić tam ostatnie godziny wakacji.



Jest ranek, miasteczko budzi się do życia. Na targu rybnym nie ma wielkiego ruchu, ale widzimy, jak rybacy dzielą na części ogromnego miecznika. Nieśpiesznie spędzamy czas włócząc się po wiosce i plaży. Po lunchu ruszany w kierunku lotniska.



Dalej już standardowo: lot z Fort de France do Miami, przesiadka na samolot do Phoenix. No i tak zwany „powrót do rzeczywistości” J