poniedziałek, grudnia 18, 2006

Wczoraj wróciłem z Meksyku. Było całkiem miło, odpocząłem trochę od roboty. Miałem całkiem sympatyczną grupę, więc nie było za dużo kłopotów. Te same miejsca, te same twarze, co dwa lata temu. Spotkałem znowu Julittę, z którą poprzednim razem opiekowałem się grupą. Tym razem opiekowała się drugą grupą z Biura św. Bernarda, a ja dostałem Waldka – chłopaka z Vancouver w Kanadzie, który całą zimę spędza w Meksyku i na Karaibach oprowadzając wycieczki. Taki to ma fajnie! Bardzo zachwalał Kubę jako miejsce, które warto odwiedzić. W Mexico City głównym celem była uroczystość z okazji 475 rocznicy objawień Matki Boskiej z Gwadelupe. Przybywają na nią tysiące Indian z całego Meksyku. Na placu przed bazyliką trwają nieustanne tańce, taka mieszanka folkloru i pogańskich starodawnych obrzędów z wiarą katolicką. Bajeczne, kolorowe stroje, figury, obrazy, dymy kadzideł… Zrobiłem masę zdjęć, muszę je tylko teraz obrobić i wrzucić na Internet. W tym roku przyjechała też ekipa filmowa od Cejrowskiego, żeby to sfilmować, więc pewnie będzie o tym jakiś program w TVP.

Prócz Guadelupe zwiedzaliśmy Muzeum Antropologiczne, piramidy Słońca i Księżyca w Thetuacan, pływali łódkami po kanałach Xiocimilco. Razem 3 dni w Maxico City i okolicy. Potem przejazd do Acapulco, zaliczając po drodze Cuarnavaca, zwane miastem wiecznej wiosny i Taxco, znane z kopalni srebra i najlepszych srebrnych wyrobów jubilerskich. W Acapulco – 3 dni odpoczynku nad brzegiem oceanu. Opaliłem się nawet trochę…

1 komentarz:

Joanna pisze...

Jacenty

...a zlituj sie nad szarym ludem....robisz tez cos normalnego , codziennego ?...., bo po Twoim blogu niektorzy w kompleksy wpadaja...:) :) Asia