środa, października 31, 2007

Takie niepozorne zdjęcie. Ale to nie Beskidy - to Arizona, okolice Tucson. Jesień zupełnie jak w górach w Polsce. Byłem tam w ostatni weekend. Na północny wschód od Tucson leżą Góry Św. Katarzyny (Saint Catalina Mountains). Popularnie nazywane są Catalinas czyli Katarzynki (fajnie brzmi: wybieram się na weekend w Katarzynki). Nie są bardzo wysokie, najwyższy szczyt to Mt. Lemmon (9,157 stop/2791 metrów npm). Na Mt. Lemmon znajduje się najdalej wysunięty na południe resort narciarski w USA. Rocznie spada tu ponad 4.5 metra śniegu. Prawie na sam szczyt można wjechać samochodem, śliczną, wijącą się wśród skał drogą zwaną (a jakże) Drogą Św. Katarzyny. (Na marginesie: wyobrażacie sobie co by się stało gdyby tak na przykład "Zakopianka" została nazwana Drogą Świętego Jacka? Widzicie tych fanatyków religijnych ze Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita, rzucających się w aktach desperacji pod pędzące samochody z okrzykiem "Precz z państwem wyznaniowym!"? Oj, byłoby to straszne. Duch okrutnego Romana Giertycha zacząłby straszyć dzieci w szkołach, kury przestałyby się nieść, krowy dawałyby tylko czerwone mleko, a Unia Europejska przestałaby nam przysyłać swe bezcenne dyrektywy. To byłby koszmar!).

Więcej zdjęć:


Za tydzień przylatuje do Arizony Michasia i dzieci. Wczoraj Dominik złamał rękę w szkole, na dodatek dość paskudnie. Podobno biegali z chłopakami, nie zdążył wyhamować i walnął w ścianę. Cóż... jego ojciec, w jego wieku był juz po dwóch wstrząsach mózgu... Tak, ze chyba to rodzinne. Dobrze przynajmniej, ze nie stało się to zaraz przed ich wylotem do Arizony, bo to by dopiero był cyrk.

Obserwuję sobie z daleka sytuacje w Polsce i cóż... dziwię się. "Polska to bardzo dziwna kraj" - jak mawiał niejaki Zulu Gula, czyli Tadeusz Ross, obecnie p.t. Poseł Trzeciej (hmm... kto wie? może Piątej? albo Trzeciej i Pół?...) Rzeczypospolitej. Taki dziwny kraj, w którym wszyscy są za demokracją. Są tak bardzo za demokracją, że nigdy nie uznają wyniku żadnych wyborów, tylko od razu szykują się do wyborów następnych. W takiej dajmy na to Ameryce na drugi dzień po wyborach pokonany gratuluje zwycięzcy, zwycięzca skalda wyrazy uznania pokonanemu i wybory przestają kogokolwiek interesować na następnych parę lat. A w Polsce? Cóż... "chłop żywemu nie przepuści": jak w poprzednich wyborach wynik był "niezgodny z planem", to PO i prawie wszystkie media przez dwa i pół roku nie mogły przepuścić PiS-owi, że wygrał. Jak teraz wygrało PO, to pewnie przez następne parę lat słuchaczki Radia Maryja będą mdlały zalewając się rzewnymi łzami. (Nie będę tu już przypominał starych dziejów i na przykład lamentów "drogiego Bronisława" po tym, jak "naród nie dojrzał do demokracji" i nie wybrał na prezydenta "Siły Spokoju"). Dajta spokój ludziska! Przecież to tylko wybory, od których tak naprawdę bardzo niewiele zależy. Zadziwia mnie też szalona polaryzacja poglądów politycznych w Polsce. Jak się czyta gazety, blogi czy komentarze w Internecie, to można dojść do wniosku, że w Polsce partie polityczne maja nie zwolenników, a wyznawców, gotowych w każdej chwili ruszyć na jakąś krucjatę, by wyrznąć w pień przeciwników.

Brak komentarzy: