wtorek, marca 11, 2008


Wczoraj po wielu ciężkich cierpieniach sprzedał się wreszcie nasz dom w Bolinbrook. Cóż… odetchnąłem z ulgą, ale z powodu Wielkiego Postu nawet się nie upiłem, choć by wypadało. Była to jedna wielka droga przez mękę: najpierw nie było klienta, a jak już się znalazł, to trafiła się jakaś wyjątkowo upierdliwa baba, która się co chwile o coś czepiała, szukała po strychu pleśni z mikroskopem, radonu w fundamentach i wyczyniała inne podobne komedie do samego końca. Ale poszło, sprawa zamknięta, trzeba się cieszyć, że w ogóle się chałupa sprzedała, bo czasy są takie, że nie jest łatwo jakikolwiek dom sprzedać.

Ponieważ parę osób prosiło mnie o wyjaśnienie jak to jest z tymi domami w USA, na czym polega kryzys, o którym trąbią od czasu do czasu w gazetach, więc przy okazji napiszę krótkie wyjaśnienie. Dla czytelników z USA nie będzie to zbyt ciekawe, ale dla ludzi z Polski może się na coś przyda? Pomału Polska też zmierza w tym kierunku.

Zacznijmy od prostego wyjaśnienia: gdy w USA ktoś mówi: „Mam dom”, to w zdecydowanej większości przypadków chce tak naprawdę powiedzieć: „Umówiłem się z pewnym bankiem, że będę mógł mieszkać w domu, który należy do tego banku. Będę nawet mógł mówić znajomym, że to jest mój dom i bank nie będzie protestował. W zamian za to, będę płacił bankowi co miesiąc lichwę, będę też płacił podatek lokalnej władzy ludowej i składkę ubezpieczeniową (żeby gdyby przypadkiem coś się z tą chałupą stało, to bank mógłby wyjść na swoje). Będę tak robił przez jakieś 30 lat, a po tym czasie bank uzna, że zarobił już na mnie tyle, że może mi teraz pozwolić zrobić z tym domem co mi się żywnie podoba. W tym czasie zapłacę bankowi tyle pieniędzy, że mógłbym za nie spokojnie kupić 3 takie domy. Tak będzie tylko pod warunkiem, że będę grzecznie i regularnie płacił bankowi, władzuchnie i ubezpieczalni. Jakby przypadkiem zabrakło mi kasy na te wszystkie haracze, to bank się bardzo zdenerwuje i wypieprzy mnie z tego domu na zbity pysk. ” Głupie, nie?

Cóż… może i głupie, ale dzięki temu możesz stać się „posiadaczem” domu praktycznie z dnia na dzień, dysponując niewielką ilością pieniędzy. A czyż nie poprawia samopoczucia, gdy możesz powiedzieć znajomym: „Mam dom w USA”?. Poza tym jest spora szansa, że w międzyczasie wartość „posiadanego” przez Ciebie domu wzrośnie na tyle, że zrekompensuje koszty, które poniosłeś. Tak właśnie było przez kilka ostatnich lat: wartość domu rosła znacznie szybciej niż wynosiły koszty zaciągnięcia kredytu na jego zakup. Poza tym, tak naprawdę nie masz wielkiego wyboru: gdzieś przecież musisz mieszkać, a koszt wynajęcia domu nie jest wcale mniejszy niż koszt spłacania kredytu (nic w tym dziwnego: „właściciel” domu, który będziesz chciał wynająć też musi spłacać kredyt w banku, a jeszcze chce na tym zarobić.)

Tak więc wszystko było pięknie: ceny domów rosły, ludzie chętnie się przeprowadzali, rynek nieruchomości kwitł. Wokół tego rynku funkcjonuje znaczna część amerykańskiej gospodarki, między innymi z tego powodu ilość wydanych w danym miesiącu pozwoleń na budowę jest jednym z najważniejszych wskaźników gospodarczych w USA. Nie da się ukryć, że znaczna część naszych rodaków żyje właśnie z tego rynku: firmy budowlane, firmy pożyczkowe, agencje obrotu nieruchomości są miejscami, gdzie prawie na pewno znajdziecie Polaków.

Gdzieś tak od roku 2003 zapanowało na rynku nieruchomości zupełne szaleństwo. Ceny domów rosły w takim tempie, że czasem wystarczyło kupić dom i od razu wystawić go na rynek, by zarobić całkiem sporo pieniędzy. A co dopiero, gdy na przykład miało się własną firmę remontowo-budowlaną i minimalnymi kosztami było się w stanie wyremontować jakąś ruderę, kupioną za nieduże pieniądze? Karnawał trwał kilka dobrych lat: ludzie zacierali ręce i liczyli „zarobione pieniądze”, banki zacierały ręce i pożyczały pieniądze na inwestycje w nieruchomości, dość liberalnie podchodząc do sprawdzania wypłacalności kredytobiorców. Co jakiś czas ktoś ostrzegał, że to przecież może się źle skończyć, że ceny nie mogą rosnąć bez końca, ale jakoś nikt się tym nie przejmował.

Kiedyś się to w końcu musiało sypnąć no i się sypnęło. Pod koniec 2006 roku zaczęto mówić o spowolnieniu na rynku nieruchomości i o „złych kredytach”, a w 2007 było już pewne, że nie jest dobrze. Póki co – kac trwa i wszyscy się zastanawiają co będzie dalej. Dużo zależy od tego, co się stanie na wiosnę tego roku: wiosna jest naturalnym czasem ożywienia na rynku nieruchomości (bo nikt nie lubi się przeprowadzać w zimie) i od kilu dobrych miesięcy wszyscy mówią „byle do wiosny”. I liczą, że w tym roku rynek znów na wiosnę ożyje. Niestety może się okazać, że to są tylko pobożne życzenia, bo po dość długim zastoju podaż jest znacznie wyższa niż popyt. Niektórzy fachowcy oceniają, że ilość domów na rynku jest tak duża, że gdyby przez następne 2-3 lata nie budować nic, to i tak by wystarczyło. Wielu kredytobiorców ledwie zipie, na dodatek na wiosnę wielu z nich będzie musiało sprostać zmianie wysokości oprocentowania pożyczek. Są to tak zwanych „baloons”, czyli pożyczki, które mają ustalone stałe oprocentowanie na pewien okres czasu, zwykle kilka lat. Po tym okresie bank ma prawo zmienić oprocentowanie i dostosować je do aktualnego oprocentowania na rynku. Takie pożyczki mają zwykle niższy procent niż pożyczki ze stałym oprocentowaniem, ale opierają się na „optymistycznej logice”. Jeśli ktoś kupuje dom z myślą, że go sprzeda za parę lat, to zwykle mu się to opłaca. Płaci mniej, a i tak nie zamierza spłacać tej pożyczki do końca, tylko w pewnym momencie ma zamiar sprzedać dom i spłacić resztę długu za jednym razem. „Optymizm” polega na tym, że zakłada się, że za te kila lat nie będzie problemu, by dom sprzedać. Jeśli nie uda się tego zrobić, to niestety budzimy się z ręką w nocniku.

Tak więc, jeśli chwialibyście kupić dom w USA – to czas jest po temu jak najbardziej odpowiedni. Dolar tani, więc może warto?...

W Arizonie – piękna wiosna. Pustynia zrobiła się zielona, kwiatki kwitną… jakby co – to zawsze zapraszam…

Brak komentarzy: