wtorek, maja 27, 2008

 


Powrót do roboty po długim weekendzie jest bolesny i powolny, nic więc dziwnego, że długich weekendów jest w Ameryce niezbyt dużo. Ale cóż – jakoś powrócić trzeba. Wczoraj wieczorem zjechaliśmy z całą rodziną znad Jeziora Powell’a (Lake Powell), gdzie spędziliśmy 4 dni. Miejsce zdecydowanie nadaje się na wakacyjne wyjazdy, za $10 można rozbić obozowisko nad samym brzegiem ogromnego sztucznego jeziora (Jeziora Powell’a to drugi co do wielkości zbiornik wodny w USA), a okolica jest ciekawa i warta odwiedzenia. Zdecydowanie polecam!


Dla mnie najciekawsze było oczywiście robienie zdjęć w Kanionie Antylopy (Antelope Canyon) i 2 dwóch innych pobliskich kanionach, które zajęło mi prawie całą sobotę. Zdjęcia wymagają przejrzenia i obróbki, więc zamieszczę je za kilka dni. Póki co – wrzucam na szybko tylko jedno, żeby Wam narobić smaka…


Śledzę sobie awanturę wokół książki o agenturalnej przeszłości „człowieka ze styropianu” i jakoś wydaje mi się, że wśród wrzawy, która po raz kolejny zrobiła się wokół tematu lustracji nikt jakoś nie zauważa prawdziwego problemu i prawdziwych winnych. Znów cała „para idzie w gwizdek” i sprawa naprawdę ważna rozdrabnia się na głupawe dyskusje kto był, a kto nie był agentem. Muszę chyba o tym napisać, bo chodzi mi to po głowie od dłuższego czasu. Mądrość oficerów śledczych (wszystkich czasów i wszystkich ustrojów) głosi, że nie ma ludzi niewinnych, są jedynie ludzie źle przesłuchani. Jeśli zdamy sobie sprawę z tej prostej prawdy, cała dyskusja na temat „kto współpracował, a kto nie współpracował” traci zupełnie sens. Byłem raz w życiu przesłuchiwany przez bezpiekę, po tym jak wybuch domowej produkcji materiałów wybuchowych urwał mi rękę. Do dziś zastanawiam się czemu obeszli się ze mną w sposób wyjątkowo łagodny. Spisali zeznania, wyssane przeze mnie z palca, kazali je podpisać i tyle. Czy myślicie, że gdyby mnie mocniej „przycisnęli” to bym nie podpisał jakiejś „lojalki” albo „umowy o współprace”? Wystarczyło by, żeby powiedzieli: „wiesz… zawsze może twoją mamę auto przejechać… a siostrę jakiś zbój zgwałcić w krzakach…”. Podpisałbym, co by kazali, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Czemu tak nie zrobili? Cóż, musieli mieć swoje powody. Pewnie po prostu nie byłem im do niczego potrzebny. Wielu z tych, którzy dziś wypinają piersi po ordery i nagrody, bo „nie dali się złamać bezpiece” przezornie zapomina dodać, że nikt ich jakoś szczególnie nie łamał. A wielu z nich bezpieka po prostu nie werbowała, bo stwierdziła, że to d… a nie agent. Wbrew pozorom agent musi przedstawiać sobą „coś”. Nie ma sensu werbować niewydarzonych cepów, bo i po co?


Czy więc cała ta zabawa z lustracją jest potrzebna? Tak! I należało dawno to zrobić. Należało dać ludziom szanse oczyścić się z tego garbu przeszłości. I kłaść nacisk nie na to KTO współpracował, ale na to JAK współpracował. Wielu z tych, którzy zostali przez bezpiekę złamani nigdy nie poddało się do końca. Nawet jeśli współpracowali, to nigdy nie dali się kupić. Nie miałbym żadnych problemów z tym, żeby im wybaczyć taką współpracę. Uczciwa lustracje pozwoliłaby tym ludziom powiedzieć „przepraszam” i wyjść z tego z twarzą. Ale nigdy do tego nie doszło. Zmowa tych, którzy naprawdę mogliby stracić na lustracji nie pozwoliła na to. I to są prawdziwi winni: oficerowie prowadzący, którzy wciąż prowadzą swoich agentów, w zmowie z tymi, którzy sprzedali się komuchom i nie mają nic na swoje usprawiedliwienie. I politycy, którym opłaca się ukrywać sk…synów, tak długo, jak są to „ich sk…syny”, którymi mogą się posługiwać.


Najbardziej jest mi przykro, że po stronie tych, którzy od prawie 20 lat ukrywają prawdę stanął Kościół Katolicki. Nie rozumiem dlaczego. Od czasu jak Episkopat Polski usiłował zamknąć usta ks. Isakiewiczowi-Zalewskiemu moje zaufanie do Kościoła zostało poważnie naruszone. Pierwszy raz w życiu było mi wstyd, że jestem Katolikiem. Pierwszy raz podpisałem się pod listem protestacyjnym do biskupa.


I cóż… obawiam się, że na ujawnienia prawdy mogę po prostu się nie doczekać.

Brak komentarzy: