wtorek, czerwca 24, 2008



„Nie brak dobrych ludzi w czasach Internetu!” - zawsze tak sobie myślę, gdy po raz któryś tam dostaję list typu:

„Błagam, przeczytaj chociaż połowe i prześlij wszystkim na swojej liście, to nie jest łańcuszek, po pierwszych 3 zdaniach będziesz wiedzieć o co chodzi: Przeczytaj uważnie! Jeśli usuniesz ten list... będzie to oznaczać, że naprawdę nie masz serca…”

Tu następuje opis jakiejś straszliwej sytuacji: dziecka chorego na raka mózgu czy poparzonego od stóp do głów, którego jedyną szansą na przetrwanie są miliony emaili rozesłanych po sieci, bo jakiś dobry „wujek” (czyli lokalny internetowy gigant) zapłaci za każdy wysłany email.

No i co mam zrobić? Czy to moja wina, że trochę w Internecie „siedzę”, może nie na tyle, by wiedzieć wszystko, ale też na tyle dużo, by wiedzieć, że nie ma ani żadnego chorego dziecka, ani żadnego „dobrego wujka”? Że jakiś sukinkot napisał ten list tylko po to, by wyłapać w sieci trochę adresów emailowych. Sprzeda je potem innym sukinkotom, rozsyłających oferty powiększaczy penisa, albo zawiadomień o wygranej na loterii w Górnej Wolcie.

Czasem kasuję te listy od razu, czasem sprawdzam, czy tym razem to przypadkiem nie prawda (jeszcze nigdy taki łańcuszek nie okazał się prawdziwy). Czasem wyzywam tego, kto mi łańcuszek wysłał, dziwiąc się jak można być takim naiwniakiem. A potem sobie myślę, że może jednak lepsza naiwność niż brak serca? Czasem próbuje tłumaczyć: znajduję odpowiednie potwierdzenie, że kolejna akcja jest fałszywa i cierpliwie wyjaśniam jak takie łańcuszki działają i po co się je rozsyła.

Jedno jest pewne: jeśli kiedyś dorwę człowieka, który takie fałszywe alarmy inicjuje, to skuje mordę! Daje słowo!

Brak komentarzy: