niedziela, sierpnia 03, 2008

 


Zostałem ostatnio “przyciśnięty” w robocie i “zapiski” zdecydowanie cierpią z tego powodu. Nie wiedzieć czemu w każdej dużej firmie panuje taki sam bałagan i takie samo socjalistyczne dziadowstwo. Taka jest chyba po prostu natura rzeczy. Zdążyłem się tego naoglądać na tyle, że powinno mnie to przestać dziwić, a jakoś nie może. Ale dobrze – miało być zupełnie o czym innym: kilka osób poprosiło mnie o skomentowanie wyborów prezydenckich w USA. Na więc dobrze – aczkolwiek niechętnie, lecz jeśli nalegacie… :-)

Komentarz będzie niechętny, bo tak naprawdę to uważam, że nie ma co komentować: wbrew pozorom od wyniku tych wyborów wcale wiele nie zależy. Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was szeroko otworzy oczy i powie ze zdziwieniem „jakże to?”, więc postaram się to troszkę szerzej opisać.

Zacznijmy od tego, że europejskie środki masowego rażenia przedstawiają sprawę w zupełnie krzywym zwierciadle. Niedawno jeden ze znajomych zajrzał do Internetu, poczytał sobie kilka amerykańskich witryn i ze zdziwieniem stwierdził, że Obama wcale jeszcze wyborów nie wygrał, a różnica w poparciu miedzy nim a McCainem jest stosunkowo niewielka i mieści się w granicach błędu statystycznego. Bardzo był tym faktem zdziwiony, bo czytając tylko polskie gazety można by dojść do wniosku, że sprawa jest w 100% przesądzona. Dzieje się tak z kilku powodów, moim zdaniem najważniejsze są dwa.

Pierwszy – to ignorancja. Czasami jak czytam, co polscy dziennikarze wypisują na temat Ameryki, to mam wrażenie, jakbym czytał relacje Ufo-ludka z meczu piłki nożnej: „Widzę wielki zielony prostokąt. Wychodzi na niego 11 istot ziemskich ubranych w zielone szaty i 11 istot ziemskich ubranych w czerwone szaty. Na środku prostokąta staje istota ubrana w czarną szatę. Ta istota bierze w usta gwizdek i gwiżdże. Wszystkie istoty zaczynają się chaotycznie poruszać i natychmiast zaczyna padać deszcz”.

Nie dziwcie się temu: Ameryka jest naprawdę inna, niż Europa. Mógłbym o tym opowiadać przez całą noc. Wielu dziennikarzy albo tego nie wie, albo wie, ale nic nie rozumie. No i piszą potem jakieś głupoty. Zwróćcie na przykład uwagę na teksty o „wyjątkowo brutalnej” walce wyborczej w USA. Jakbyście zobaczyli tą „wyjątkową brutalność” to byście się bardzo zdziwili. Bo na połajanki w stylu tych, które się zdarzają w polskim sejmie, na wyzwiska od chamów to raczej nie ma co liczyć. Po prostu jakiś dziennikarzyna żywcem przetłumaczył jakiś tekst z angielskiego, zupełnie nie wiedząc, albo udając że nie wie, iż standardy w życiu publicznym w Stanach ją jednak znacznie wyższe niż w PRLu. Na przykład amerykańskie media pisały o „wyjątkowo brutalnym ataku” na Baracka Obamę, gdy jakaś gazeta wytknęła mu, że jego drugie imię to Hussain. Porównajcie to sobie z wyskokami niektórych posłów…

Drugi - to ideologia. Europa jest o wiele bardziej politycznie „na lewo” niż Ameryka. A już tak zwane „środowiska” i „salony” są tak odrażająco lewicowe, że się po prostu rzygać chce. No i po prostu nie mogą znieść, że „związek nasz bratni” nie zdążył jeszcze „ogarnąć ludzkiego rodu” i „bój ostatni” wciąż się przedłuża. Ameryka jest dla nich jak bolesny wrzód na … (wiadomo gdzie). No i w związku z tym bardzo chwialiby jakoś Ameryce dopomóc. Toteż wspierają jak mogą Demokratów, którzy też nie są, jak dla nich, wystarczająco „demokratyczni”, ale w porównaniu ze „straszliwym Bushem…”

No to jeszcze napiszę parę słów jak ja widzę kampanię prezydencką w USA. Przede wszystkim – póki co – nie ma jeszcze na co patrzeć. USA tym między innymi różnią się od Polski, że w Stanach nie ma nieustającej kampanii wyborczej. Do wyborów jest jeszcze sporo czasu i obaj kandydaci dobrze wiedzą, że nie ma się co za bardzo „rozpędzać” zbyt szybko. Wystrzelanie całej „amunicji wyborczej”, (która przecież sporo kosztuje) zaraz na początku wyścigu nie ma żadnego sensu. Lud w Ameryce (tak jak i wszędzie indziej) ma pamięć dobrą, ale krótką. Trzeba mu więc odpowiednio „dozować” rozrywki, zostawiając najlepsze na końcówkę. Tak, że tak naprawdę wybory zaczną się dopiero we wrześniu i „rozbujają się” w październiku. Wszystko się jeszcze może zdarzyć: Ameryka ma klasyczny dwupartyjny układ społeczny. Każda z dwu głównych partii ma dość spory „żelazny elektorat”. Jest on mniej-więcej równo rozłożony pomiędzy Demokratów i Republikanów. Wybory wygrywa się zdobywając poparcie stosunkowo niewielkiej grupy niezdecydowanych wyborców. Mało tego: wyborów nie wygrywa ten, kto dostanie więcej głosów, tylko ten, kto zdobędzie odpowiednią ilość głosów elektorskich, które są rozdzielone proporcjonalnie do liczby ludności na poszczególne stany. Niektóre ze stanów są już praktycznie „zdobyte” przez jednego z kandydatów (na przykład Illinois przez Obamę, a Arizona przez McCaina). Teoretycznie niby niespodzianki są możliwe, ale praktycznie wybory zostaną rozstrzygnięte przez stany, które „się wachają” i w których obaj kandydaci wciąż mają szansę by wygrać. No i cóż… taki już urok demokracji: o tym, kto zostanie prezydentem najpotężniejszego państwa na świecie zdecydują ludzie bez poglądów, często nie mający pojęcia o świecie, którzy zagłosują na tego, kto im opowie piękniejszą bajkę.

Ja z dwojga złego wolę, żeby wygrał McCain. Ale jak wygra Obama, to końca świata też raczej z tego powodu nie będzie. Tak naprawdę obaj kandydaci są raczej „niespecjalni” i bez względu na to, który wygra, polityka amerykańska raczej niewiele się zmieni. W związku z tym optymistycznym akcentem proponuję udać się na grzyby (patrz: zdjęcie)

Posted by Picasa

Brak komentarzy: