poniedziałek, września 08, 2008

 




“Żarty na bok. W centralnej Afryce obywatelowi wystarcza ciało. Już w Ameryce potrzebne są ciało i dusza. W Anglii ciało i paszport. W Hiszpanii dusza i paszport. A w obecnej Polsce demokratycznej władzom opiekującym się narodem polskim są potrzebne: paszport, metryka, świadectwa zatrudnienia, szczepienia, odwszenia, moralności politycznej, lojalności psychicznej, prawomyślności, wierności; przynależności klasowej, zawodowej, partyjnej; o służbie w wojsku i w cywilu; o stosunku do władz wszystkich kolorów, od dnia narodzenia się ich i jego, aż do śmierci ich albo jego. A pan z tego wszystkiego nie ma nic?”


Powyższy cytat pochodzi z książki „Siedem Pigułek Lucyfera” Sergiusza Piaseckiego (jeśli przypadkiem zdarzyło się Wam nie czytać książek Piaseckiego, to zdecydowanie polecam). Przyszedł mi na myśl, gdy jedna z moich dobrych znajomych imieniem Gocha opowiedziała mi swoje przygody związane z planami powrotu „na Ojczyzny łono”. Ostatnio całkiem sporo Polonusów wybiera się z powrotem do Polski i przypuszczam, że jej przypadek jest dość typowy.

Przeprowadzka do Polski? Wydawać by się mogło: nic prostszego. Żyjemy wszak w wolnym świecie, Polska to wolny, cywilizowany kraj… Współczesna cywilizacja ponoć znów „nomadzieje”, więc „wędrówki ludów” - większe czy mniejsze - nie powinny być niczym niezwykłym. Spakować graty w kontener, niezbędne rzeczy – w walizki, zakupić bilet na samolot i fiuuuu…. jesteś w Polsce! Nic trudnego, nieprawda? W sumie wszystko nie powinno zająć dłużej niż tydzień. No dobra: miesiąc.

Cóż… moja znajoma aż taką optymistka nie jest i zaczęła się przygotowywać do wyjazdu, który ma nastąpić w następne wakacje. Chciała po prostu załatwić wszystko porządnie i zgodnie z przepisami. No i okazało się, że chyba i ona jest zbyt wielką optymistką. Zaczęło się od tego, że potrzebuje polskiego paszportu. Kiedyś, co prawda polski paszport posiadała, ale dawno się zdążył „przeterminować”. „A czemu nie możesz polecieć na amerykańskim paszporcie?” – zapytałem. Gocha wytłumaczyła mi, że polecieć – i owszem - można, tyle, że po trzech miesiącach pobytu zostanie się „nielegalnym emigrantem” Rzeczpospolitej Polskiej. „No to co? Przeszkadza Ci to? Przecież Cię chyba nie deportują?”. No i znów okazało się, że to nie takie proste: deportować – to może i nie deportują, ale też nie zameldują. A obywatel ludowej Ojczyzny nie może pozostawać niezameldowany. Nie masz meldunku – to tak jakby Cię nie było („pełno nas, a jakoby nikogo nie było” – jak wyprorokował Poeta).

„No dobra, niech Ci będzie: potrzebujesz ten polski paszport. W czym tu problem? Chyba nie jest niczym trudnym załatwienie paszportu?” – zapytałem Gochy. „Wiesz: taki wniosek trzeba wypełnić: imię, nazwisko, 3 zdjęcia… Wysyłasz pocztą do konsulatu i za 2 tygodnie dostajesz paszport”. No i znów okazało się, że jestem biednym, głupim, nieuświadomionym społecznie elementem, nie zdającym sobie sprawy z tego, jak skomplikowanym tworem jest demokratyczne społeczeństwo. Gocha mnie uświadomiła czem prędzej: po pierwsze takich rzeczy się nie załatwia przez pocztę. Musisz osobiście udać się z pielgrzymką do konsulatu Rzeczypospolitej, by pokłonić się okienku, w którym zasiada jakiś urzędas, do którego nie wiedzieć dlaczego petenci zwracają się per „Panie Konsulu”. Nie jest to wcale prosta i bezpieczna pielgrzymka: od początku zaczynają się problemy. Na przykład w Chicago polski konsulat znajduje się bardzo blisko centrum miasta, gdzie nie sposób zaparkować samochodu. Konsulat oczywiście parking posiada, ale tylko dla pracowników. Spędzisz więc na początek przynajmniej godzinę, krążąc po okolicznych uliczkach i szukając jakiegoś wolnego miejsca. Jeśli będziesz miał szczęście, to w końcu gdzieś zaparkujesz. Jeśli nie – to po godzinie krążenia, klnąc na czym świat stoi, pojedziesz na płatny parking, skąd będziesz drałował na nogach przez dobrych parę mil.

To oczywiście dopiero „początek boleści”: gdy w końcu dotrzesz na miejsce, zostaniesz skierowany do małego, obskurnego pomieszczenia, przypominającego poczekalnie dworca PKS w podrzędnej mieścinie. Będzie się w niej wiła długa kolejka do jedynego okienka, w którym zasiada dumnie Reprezentant Rzeczpospolitej. Jeśli będziesz miał szczęście, to po „odstaniu” swojego, zapłaceniu prawie 200 dolarów, dowiesz się, że za pół roku być może będziesz mógł zgłosić po odbiór paszportu, powtarzając cały rytuał. To oczywiście tylko pod warunkiem, że masz szczęście. Jeśli szczęściarzem nie jesteś, to na przykład okaże się, że panu „konsulowi” nie podobają się twoje zdjęcia (bo na przykład za bardzo się uśmiechnąłeś i widać na zdjęciu zęby). Albo że źle wypełniłeś formę paszportową. Będziesz wtedy musiał pielgrzymować do Konsulatu wielokrotnie, za każdym razem tracąc czas, pieniądze i ochotę do życia.

Moja znajoma okazała się być pechowcem wyjątkowym: nie dość, że bidula nie ma paszportu, to jeszcze mieszkając w Stanach zdążyła wyjść za mąż, zmienić nazwisko i urodzić kilkoro dzieci. Zanim więc będzie mogła przystąpić do wyrabiania paszportu, czeka ją kilka pielgrzymek wstępnych, mających na celu udowodnienie, że nazywa się tak, jak się nazywa, jest żoną tego akurat pana, którego raczyła poślubić i że jej dzieci są naprawdę jej dziećmi. Do tego za każdy papierek zapłaci kupę pieniędzy: głupie potwierdzenie notarialne, czyli przybicie pieczątki i uczynienie jednego podpisu, zajmujące 10 sekund, które w każdym miejscu w USA można uzyskać za 1 dolara w polskim konsulacie kosztuje… $180!!!.

Rozumiecie teraz dlaczego Polonusi mówią o Polsce „Droga Ojczyna”?

P.S. Na zdjęciu: uschnięte drzewo Jozuego (Joshua Tree) w parku narodowym o tej samej nazwie (Joshua Tree National Park) w Kalifornii.

Posted by Picasa

Brak komentarzy: