piątek, września 19, 2008

 


Zbliża się coraz bardziej dzień mojego przylotu do Polski. Pracuję dość ostro, żeby skończyć wszystkie sprawy, które mam rozgrzebane w robocie. A w wolnym czasie próbuje jakoś zaplanować mój pobyt. Trampeta – moja przyjaciółka z harcerskich czasów zaprasza mnie usilnie nad morze. Dawno nad Bałtykiem nie byłem, więc postanowiłem, że wybiorę się do niej na weekend. Zacząłem powoli planować wyjazd. W dzisiejszych czasach nieubłaganego postępu planowanie takiego wyjazdu to sama przyjemność: siedzę sobie przed komputerem, otwieram stronę internetową PKP i szukam połączeń (kiedyś to trzeba było na stację drałować i prosić, żeby pani w okienku raczyła udostępnić rozkład jazdy). Nawet bilet mogę sobie kupić nie ruszając się sprzed komputera! Łał!

Wyszukałem bez problemu połączenie z Warszawy do Gdyni. Patrzę… patrzę… Wyjazd z Warszawy: 11:55. Przyjazd do Gdyni: 17:06. Co ??? Patrzę jeszcze raz: to musi być pomyłka jakaś… Fakt, długo w Polsce nie byłem, ale wydawało mi się, że z Warszawy do Gdyni nie jest znowu tak daleko. Coś koło 300 kilometrów chyba…. 300 kilometrów w 5 godzin? Pociągiem ekspresowym? To jakieś żarty! Sprawdziłem na mapie (ach ten Internet…): odległość pomiędzy Warszawą a Gdynią to 330.18 kilometra. Tak więc ekspres Polskich Kolei Państwowych mknie z zawrotną prędkością 66 km/h. Cóż… nieubłagalny postęp chyba jakoś nie zdołał dotrzeć do PKP. Może to i dobrze? Nie przeżyję szoku komunikacyjnego i nie będę się musiał aklimatyzować…

Na zdjęciu… cóż… sam nie wiem jak to nazwać… taka sobie skała w parku narodowym Joshua Tree.

Brak komentarzy: