środa, lutego 25, 2009

 
Ile razy można pisać o polityce? Albo o ekonomii? Zwłaszcza, gdy w Arizonie trwa właśnie najprzyjemniejsza pora roku: chłodne wieczory i ranki, umiarkowanie ciepłe dnie. Pogoda stabilna: słonecznie, czasem lekkie chmurki się pojawią. Do tego jeszcze powoli zaczynają kwitnąć kaktusy. Tak, że jak nie macie co robić – to wpadajcie na wakacje. W ostatnim czasie zrobiłem dwa krótkie wypady w teren z rodziną i znajomymi. Oba miejsca które odwiedziliśmy są godne polecenia, więc krótko o nich napiszę.

Najpierw z okazji Dnia Prezydenta poszliśmy na Camelback Mountain. Jest to całkiem spora góra, stojąca sobie prawie w samym środku Phoenix. Wznosi się na wysokość 2704 stóp, więc żeby wyjść na szczyt, trzeba zrobić ok. 1200 stóp w pionie. Trasa całkiem miła i - jak na miejskie warunki – dość trudna.

W niedzielę przebyliśmy Szlak Apaczów czyli po tutejszemu Apache Trail. Jest to jedna z ładniejszych tras widokowych w Arizonie, biegnąca z Apache Junction do jeziora Roosvelta. Droga, częściowo tylko pokryta asfaltem wije się wśród gór, mija po drodze dwa sztuczne jeziora: Canion Lake i Apache Lake. Pomiedzy nimi leży niesamowite miasteczko Tortilla Flat, do którego zjeżdżają pielgrzymki motocyklistów z całej okolicy. Mój kumpel Andrzej Leszczyński, który się zadaje z lokalną grupą motocyklową mówił mi, że nieoficjalny rekord prędkości jazdy na motocyklu w tym rejonie wynosi 160 mil na godzinę. Brrrr… taka jazda to chyba nie dla mnie.

Brak komentarzy: