piątek, maja 15, 2009




Zawsze byłem wrogiem tak zwanej “lokalizacji”, czyli tłumaczenia programów komputerowych na język miejscowej ludności. Z zupełnie prostego powodu: jak ktoś jest na tyle leniwy lub tępy, że nie jest w stanie nauczyć się parudziesięciu słów w języku obcym, to może lepiej, żeby po prostu do komputera nie siadał? Programy komputerowe operują stosunkowo niewielką liczbą słów, do tego jeszcze bardzo specyficznych. Tłumaczenie tego na dowolny język zawsze prowadzi do jakiegoś lingwistycznego barbarzyństwa, które rozlewa się jak zaraza. Oto przykład z pierwszej strony najpopulniejszego polskiego serwisu internetowego:

„Na stronie głównej pojawił się boks „Osoby, które możesz znać”, gdzie prezentowane są avatary osób, które…”

Litości! Boks, Panowie Pełnym Tytułem Projektanci Stron Internetowych, to sposób spędzania wolnego czasu, polegający na tym, że kilku facetów wali się pięściami po twarzach. „Awatary” - po pierwsze pisze się przez „w”, a nie przez „v”. A po drugie, to mogę się założyć, że człowieczyna piszący powyższy tekst nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, co to słowo oznacza:

awatara mit. ind. «wcielenie boga, który zstępuje do świata ludzi w postaci zwierzęcia, człowieka lub hybrydy, by przywrócić zachwiany ład świata»

Najgorsze, że takie potworki językowe tworzą ludzie z tak zwanym „wyższym wykształceniem”. Aż wstyd się przyznawać, że człowiek też kiedyś skończył studia!

W Arizonie – zaczęło się lato, czyli jest gorąco i mało przyjemnie. Ale mimo to – zawsze zapraszam w odwiedziny.

Brak komentarzy: