środa, lutego 10, 2010

 
Kup Pan Aparat (część 3)

Dziś będzie o kolejnym micie wciskanym przez stręczycieli nowych aparatów fotograficznych:

Nie wiem jak tam wciskacze kitu przetłumaczyli angielski termin „zoom”. Może jako „zbliżenie”? Będę więc zaśmiecał język polski para-angilszczyzną. Wybaczcie…

Mit 2: „Jeśli chodzi o aparat, to najważniejszy, proszę Pana jest zoom. Ten rewelacyjny aparat ma zoom fufnastokrotny!”

Trzeba przyznać uczciwie, że tak zwany zoom, czyli mówiąc ściślej obiektyw o zmiennej ogniskowej, to rzecz miła i wygodna w użyciu. Toteż praktycznie wszystkie aparaty cyfrowe, poczynając od prostych „pstrykaczek”, a kończąc na profesjonalnych super-maszynach mają dziś obiektywy „z zoomem”. W przypadku „pstrykaczek” (nie wiem jak się je po polsku fachowo nazywa, w USA są na ogół zwane „point & shut cameras” albo „compact camera”) zoom określa się za pomocą „krotności”: x3, x4 … itd… aż do x12 albo i x15. Oczywiście im większy „numerek”, tym dany aparat bardziej przybliża. Natomiast w cyfrowych „lustrzenkach” (po tutejszemu DSLR) zoom określany jest poprzez podanie zakresu ogniskowej (w milimetrach: na przykład 50-200mm). Im większa ogniskowa – tym bardzie obiektyw przybliża. Nie będę tu wchodził w szczegóły, jak ktoś bardzo chce, to niech sobie przejrzy książkę do fizyki ze szkoły podstawowej.

Skoro zoom to rzecz miła i pożyteczna, to chyba warto mieć jak największy, nie? Otóż nie tak do końca: zoom to rzecz pożyteczna, ale pod warunkiem, że wiesz, jakie ma „skutki uboczne”. Istnieje dość prosta zależność: im większy zoom, tym trudniej zrobić dobre zdjęcie. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że im bardziej „wyzoomujesz”, tym trudniej utrzymać aparat tak, by się nie ruszał. Chcesz czy nie chcesz – całe Twoje ciało się porusza. Im dalej „celujesz” aparatem – tym bardziej te ruchy wpływają na jakość zdjęcia. Gdy robisz zdjęcie normalnym obiektywem (czyli takim, który „widzi” świat mniej-więcej tak, jak Twoje oko), to jesteś w stanie bez większego problemu utrzymać aparat „nieruchomo” przez ok. 1/60 sekundy. No, jak się trochę podszkolisz i trochę będziesz uważał, to nawet 1/25 sekundy też Ci się powinno udać. Ale spróbuj to zrobić na dużym zbliżeniu! Nie ma szans! Każdy najdrobniejszy ruch, oddech, drgnienie powieki odbije się na zdjęciu. Wszystko wyjdzie nieostre i poruszone. Na dodatek na małym monitorku LCD w aparacie nie będzie tego widać (na tych małych ekranikach najgorsza kaszana wygląda dobrze). A potem skopiujesz zdjęcie do komputera, zwołasz całą rodzinę… a tu przykra niespodzianka.

Mądrość ludowa powiada, że najdłuższy „bezpieczny” czas naświetlania, przy którym jesteś w stanie zrobić zdjęcie „z ręki” jest odwrotnością ogniskowej obiektywu. Czyli: obiektyw 50 mm – bezpieczny czas: 1/50 sekundy (takiego czasu naświetlania nie da się w aparacie ustawić, wiec zaokrąglamy do 1/60s); obiektyw 100mm – bezpieczny czas 1/125s. I tak dalej. Łatwo zauważyć, że dla teleobiektywów powyżej 300mm bezpieczny czas to 1/500 sekundy. Oznacza to, że praktycznie do każdego zdjęcia robionego taką lunetą potrzebny jest statyw lub monopod.

Jeszcze jedna uwaga: niektóre cyfrówki oferują dwa rodzaje „zoomu”: optyczny i cyfrowy. To, co napisałem powyżej odnosi się do zoomu optycznego. Natomiast zoom cyfrowy, to nic innego jak marketingowa nazwa nożyczek: jest to program, który po prostu przycina zdjęcie. Oczywiście wiąże się to ze stratą jakości: zdjęcie robi się coraz mniejsze. Dlatego jeśli przypadkiem Twój aparat posiada przypadkiem „zoom cyfrowy”, to najlepsze, co możesz zrobić, to natychmiast go wyłączyć i zapomnieć, że coś takiego istnieje.

Podsumowanie: zoom w aparacie - rzecz przydatna. Ale zamiast rzucać się na nowy elektroniczny gadżet, lepiej po prostu zacznij korzystać z najlepszego zoomu na świecie. Nie musisz go kupować, bo już go masz: są nim Twoje nogi! Po prostu zrób kilka kroków i podejdź bliżej do fotografowanego obiektu.

A na zdjęciu: Kaktusy-Potwory.

Brak komentarzy: