niedziela, kwietnia 11, 2010

Spałem spokojnie w motelu gdzieś na dalekim arizońskim zatyłczu, gdy walec historii przetoczył się przez Polskę, pozostawiając po sobie wrak prezydenckigo samolotu. Rano otworzyłem skrzynkę mailową: "Smoleńsk?", "Katastrofa?". Co jest grane? A potem przeczytałem nagłówki w "Rzepie" i zacząłem dzwonić po ludziach...

Wypadek powiadacie? Cóż... myślę, że wątpie. Wprawdzie samoloty mają to do siebie, że w końcu kiedyś spadają (praw fizyki pan nie zmienisz, z grawitacją na dłuższą metę nie powalczysz). Ale czemu akurat ten? I czemu w takim dniu? I w takim miejscu? I z takimi, a nie innymi osobami na pokładzie? Czy przypadkiem nie za dużo przypadków jak na jeden wypadek?

„Nie ma przypadków, są tylko znaki!” - mawiał ks.Bronisław Bozowski. Pytanie tylko kto za tym znakiem stoi? Moce niebieskie? Czy może jednak ziemskie?

Brak komentarzy: