poniedziałek, lipca 05, 2010

 

Bez większy przygód udało mi się dolecieć do Krakowa. Na lotnisku czekali na mnie moja siostra Sabina, jej mąż, czyli mój szfagier Krzychu i ich dzieci. Popołudniu dotarliśmy do Limanowej, zamelinowałem się u nich i mam tu teraz swoją baze. Sabina i Krzychu to tak zwani ludzie pozytywnie zakręceni: od czasów studenckich interesują się kuluturą Indian i są w tych sprwach prawdziwymi ekspertami. Krzychu jest właścicielm firmy, która zajmuje się wytwarzaniem indiańskich namiotów, czyli tipi. W sobotę rozbiliśmy u nich przed domem takie tipi, no i wieczorem zrobiła się z tego imprezka. Przyszło trochę ich znajomych, trochę moich. Siedzieliśmy do drugiej w nocy, jedli, pili, gadali i śpiewali. O drugiej Bzyk zwinął mnie do siebie na chatę, bo ambitnie zaplanowaliśmy, że wstaniemy o szóstej rano, by pójść na Babią Górę.

No i wstaliśmy bohatersko, nawet przed szóstą. Zjedli po kiszonym ogórku, polecieli na wybory i zaraz potem pojechaliśmy do Jabłonki. W Jabłonce dołączył Mieciu i pojechaliśmy dalej do Zawoi. Tu czekaliśmy chwilę, aż pani otworzy sklep spożywczy. Śmiechu było co niemiara, bo nie tylko my czekaliśmy i zebrał się całkiem niezły tłumek. Wszystkich zaraz wzięło na wspominanie jak to się kiedyś stało w kolejkach. W końcu zrobiliśmy małe zakupy, a w międzyczasie z Suchej dojechała do nas Magda. Pojechsliśmy na Krowiarki, zaparkowali samochód i ruszyliśmy na Babią. Pogoda się trafiła jak marzenie, udało namsię wyprzedzić tłumy, tak, że na szczycie mogliśmy spokojnie posiedzieć chwilę. Wróciliśmy przez schronisko na Markowych Szczawinach: nowiuśkie, śliczniutkie… tylko jakoś zupełnie bez klimatu i ducha. Popołudniu wróciliśmy do Limci. Zziajani, zdyszani ale zadowoleni. Myślalem, że nie będę już miał nic więcej siły, ale jeszcze wieczorem wyzbieraliśmy się z Sabiną, Krzychem i dzieciarnią i pojechaliśmy na Paproć zapalić ognisko.

Pierwszy weekend w Polsce za mną. Dziś w Stanach wolne, ale ja się musze zabrać do roboty.

Brak komentarzy: