czwartek, września 16, 2010

 

W niedzielny poranek w Snow Bowl, czyli jednym z resortów narciarskich w Arizonie (Tak, tak! W Arizonie jak najbardziej da się jeździć na nartach!) zebrała się dzielna ekipa: 6 dorosłych i 7 nastolatków. Cel: Mt Humphreys, czyli najwyższa góra w Arizonie. 12,633 stóp, czyli 3,852 m nad poziom morza. Czyli całkiem niezła góra. O 10:15 ruszyliśmy z wysokości około 9361 stóp npm. Było przed nami do pokonania 3272 stóp w pionie i 4.8 mili w poziomie. Ruszyliśmy dziarsko, ale nie trwało to zbyt długo: już po kilkunastu minutach zaczęły się jęki w wykonaniu młodzieży. Po godzinie niosłem już 3 plecaki i co parę minut musiałem skłaniać młodzież, by jednak jakoś powłóczyła kończynami dolnymi. I tak przez następne 3 godziny! A ja w swej naiwności liczyłem, że po trzech góra godzinach staniemy na szczycie…

Było już po 14:00 gdy dotarliśmy na wysokość 11,400 stóp npm. i tu zdecydowana większość młodzieży odmówiła dalszej współpracy. Nie było rady: zostawiliśmy ich pod opieką jednego z dorosłych i w przerzedzonym składzie ruszyliśmy dalej. Kolejne osoby wymiękły po drodze i w końcu tuż przed 15:00 na przełęcz pod szczytem wlazłem tylko ja, moja najstarsza córka Paulina i pies Tia. Co dalej robić? – myślałem. Zrobiło się już późnawo, a do szczytu zostało jeszcze z 40 minut drogi. Dziecko moje stwierdziło, że dalej nie idzie, wiec zostałem sam na sam z górą. Stwierdziłem, że jednak szkoda okazji: ruszyłem dalej. I tuż przed 16:00 byłem na szczycie. Parę minut odpoczynku, pamiątkowe zdjęcie, łyk Jacka Daniels i powrót szybkim marszem. Tuż po 18:00 byłem już na dole.
Posted by Picasa

Brak komentarzy: