poniedziałek, lipca 18, 2011

 

Wiem, że wydaje się to niemożliwe, ale daję uroczyste słowo honoru, że to prawda: w życiu nie zabiłem żadnego Żyda. Ani jednego. Kilku nawet znam, bardzo normalni, sympatyczni ludzie, naprawdę nie mam najmniejszego powodu by im robić jakąkolwiek krzywdę.

Obawiam się, że brak pociągu do mordowania Żydów jest u mnie w ogóle rodzinny: Mama z Tatą też raczej nie mieli okazji, bo w czasach po temu sprzyjających zajmowali się jedynie wysysaniem antysemityzmu z mlekiem matki. Dziadek by mógł jakiegoś Żyda w czasie okupacji ukatrupić, ale, cholera, Niemcy go ukatrupili wcześniej. Wybacz mi Gazeto Wyborcza, wiem, że się głupio tłumaczę, ale niestety tak właśnie wygląda prawda. I choćby przyszło 1000 Tomaszów Grossów, to mi nie wciśniecie kitu, że mam się wstydzić i przepraszać. Bo znowu - jak co roku - jak tylko zbliża się lipiec i rocznica spalenia pewnej stodoły we wsi Jedwabne, to jakiś bubek mi wciska, że mam się pokajać i bić w piersi. Za zbrodnie, której ponoć dokonali „Polacy z niemieckiej inspiracji”. Tak się to teraz sprytnie nazywa.

Użyj mózgu młody człowieku z Gazety Wyborczej! To nie jest aż tak bardzo skomplikowane: wyobraź sobie, że budzisz się rano we wsi zabitej dechami. Do wsi wpadają uzbrojone po zęby Szkopy i delikatnie cię inspirują. Co byś robił? Schwycił widły i rzucił się na przeważające siły wroga? Czy zaintonował „Nie będzie Niemiec pluł Nam w twarz!” i własną piersią osłaniał niewinnych? No bo przecież nie dałbyś się „zainspirować”? Nieprawda?

Cóż… bohaterze na papierze: jak masz coś w tej sprawie na sumieniu – to sobie przepraszaj kogo tam chcesz. Ale ode mnie proszę się, delikatnie pisząc, odpierniczyć.

A na zdjęciu: wydmy Coral Pink Sand Dunes w Utah
Posted by Picasa

Brak komentarzy: