poniedziałek, kwietnia 30, 2012

Bardzo lubię internetowe serwisy społecznościowe! Dzięki nim udaje się utrzymywać relacje, które inaczej by umarły. Nie da sie pisać listów, dzwonić, rozmawiać, spotykać się regularnie z kilkuset osobami. Ale dzięki tym wszystkim facebookom, naszym klasom, skypom, gadu-gadom jakiś kontakt można nawiązać i utrzymywać. "Ależ to nie są głębokie relacje!" - zaraz się co niektórzy oburzą. Oczywiście, że nie! I o to właśnie chodzi! Człowiek nie potrzebuje kilkudziesięciu czy kilkuset głębokich relacji (cokolwiek "głęboka relacja" nie oznacza).  Za to potrzebuje ludzi wokół siebie. Takich zwykłych znajomych, z którymi czasem może o byle czym pogadać, podzielić się jakąś opowieścią, niekoniecznie zaraz się głęboko zaprzyjaźniając. Krysia znów pojechała do Vegas, Radek biega po lesie, Andrzej jeździ na motorze, Agata złamała nogę... ot takie urywki jakiegoś znajomego życia. Niby nic, a sprawią, że coś więcej o sobie wiemy, że się czasem zauważymy, czasem przez chwilę o sobie pomyślimy. I wcale niekoniecznie zaraz musi być "coś więcej" między nami.

Oczywiście jest to tylko jedna strona rzeczywistości, ta piękniejsza. Ale jest też inna. Dowiedziałem się niedawno, że niektóre znajome osoby szczerze mnie nie cierpią z powodu... zdjęć zamieszczanych na facebooku! Nie bardzo chciałem w to wierzyć, a jeszcze trudniej mi było zrozumieć o co chodzi. Wytłumaczyła mi to Asia: "wiesz, jak ktoś cię nie zna i patrzy tylko na to, co masz na facebooku, to sobie myśli: taki to ma życie! Tu w górach, tam nad morzem Znowu gdzieś jedzie! Luzak! A rodzina z głodu pewnie zdycha!".

Cóż... Fakt, że nie wrzucam na facebooka informacji typu: właśnie wracam z roboty po 12 godzinach pracy, a jeszcze mnie czekają dwa meetingi w nocy z ludzmi z Indii”. Nie zamieszczam też - zupełnie świadomie - zdjęć rodzinnych, a już w szczególności zdjęć dzieci. Mam po prostu swoją sferę prywatności, którą chronię i nie zamierzam jej upubliczniać. A jeśli ktoś z Was ma problem z tym, że czasem robie to, co lubię? Mogę Wam tylko powiedzieć, że jest na to prosta rada: taki przycisk na ekranie komputera z napisem "delete". Spoko, nie będę żywił urazy z tego powodu, że ktoś się ze mną "odprzyjaźni". No chyba, że ktoś z Was potrzebuje mnie w roli kozła ofiarnego, na którego można od czasu do czasu wylać swoje frustracje. A, jeśli tak - to też nie ma problemu: Postaram się Wam dostarczać regularnie powodów do zgrzytania na mnie zębami ;-)

To tak tytułem wstępu do opisu mojej wyprawy do Peru. ;-) A na zdjęciu: Andy z lotu samolotu.

Brak komentarzy: