niedziela, maja 13, 2012

Dalszy ciąg relacji z wyprawy do Peru.

Środa, 18 kwietnia


Pakowanie. Poszło szybko, bo po pierwsze nie miałem czasu. A po drugie trzeba się spakować w miarę oszczędnie, tak, żeby za dużo nie nosić. Pierwszy raz w sumie cieszę się z tego, że linie lotnicze ograniczyły mocno ilość bagażu, którą można zabrać do samolotu. Przynajmniej człowiek nie ma wyjścia i musi się zapakować oszczędnie. Tak że w godzinę z hakiem byłem gotowy. Budzik na 4 rano i lulu!


 
Czwartek, 19 kwietnia


Pobudka! Dominik, moje najstarsze dziecię odwozi mnie na lotnisko. Co by nie powiedzieć: dziecko posiadające prawo jazdy to bardzo przydatna osoba ludzka! Ech! Gdzie te czasy, gdy człowiek się emocjonował wsiadając do samolotu? Ja już raczej przestałem. Jako że co chwile latam gdzieś z roboty, to lotnisko w Phoenix znam jak własną kieszeń. Nieśpiesznie, nienerwowo odprawiam się na lot do Houston i stamtąd do Limy. Lot do Houston bez emocji. Jest wczesny ranek, wiec dosypiam ile się da i 3 godziny szybko mijają. W Houston prawie 4 godziny czekania. To dobrze: jeden z bardziej ryzykownych elementów tej podróży to zgubienie bagażu po drodze. Jak bagaż nie dotrze do Limy, to będę - delikatnie pisząc - dość upupiony. 4 godziny miedzy jednym lotem a drugim zmniejszają ryzyko, że bagaż "nie zdąży". Siedzę więc spokojnie w barze i popijam nienerwowo teksańskie piwo.

 
Samolot do Limy odlatuje o czasie. Usadawiam się w ostatnim rzędzie i szybko po starcie zapadam w sen. Lecimy i tak nad Zatoką Meksykańską, więc na dole woda o kolorze szaro-błękitnym i nic ciekawego się nie dzieje. Gdy się budzę, słońce właśnie zachodzi.

 
Bardzo szybko robi się ciemno. W okno samolotu, po mojej prawej ręce świeci Orion i Wielki Pies. Tyle, że gwiazdozbiory są dziwnie przechylone, zupełnie inaczej niż w Phoenix. Ale z całą pewnością samolot leci na południe. Czas szybko mija i samolot zniża się do lądowania. Lotnisko w Limie jest położone nad samym brzegiem Pacyfiku. Podchodzimy do lądowania od strony oceanu. Blisko przy brzegu stoi na redzie cała masa statków oświetlonych jak choinki.

Lotnisko w Limie - jak lotnisko. Niezbyt duże, przypomina mi Warszawę. Nieco mnie zadziwia, że dookoła wcale nie ma samych Latynosów. Jest całkiem sporo ludzi o europejskich korzeniach. "Byle tylko bagaż nie zginął, to będzie dobrze!". Ale jak na złość mojego wora podróżnego nie widać. Tłum oczekujących się powoli przerzedza, a tu nic. Jakieś starsze panie wyraźnie się denerwują, ja staram się zachować stoicki spokój. No i mam rację. W końcu na taśmie pojawiają się bagaże tak starszych pań, jak i mój. Kontrola celna - bez niespodzianek.... Jestem w Peru!

cdn (?)
Posted by Picasa

Brak komentarzy: