środa, lipca 18, 2012




Wyprawy do Peru opisu ciąg dalszy...

Na czym to skończyłem? Chwile mi zeszło na niepisaniu, więc chyba mogę nie pamiętać? Ach tak! Skończyłem na tym, że dotarłem do Cuzco, do miejsca zakwaterowania, przy ulicy Choquecheca 229, gdzie mieści się jedno z wielu biur podroży, organizujące wędrówki do Machu Picchu. Co prawda gdy tam dotarłem, to biuro okazało się być zamknięte, ale nie było powodów do paniki: było jeszcze przed dziewiąta rano, a na drzwiach wisiała kartka, że otwarte od dziewiątej. Zaraz obok, w tym samym budynku znajdowała się knajpa, nawet otwarta. Zamówiłem sobie kawę, przy okazji na półce z książkami wypatrzyłem jakiś kryminał w języku polskim. "Nie jest źle! Nasi tu byli!" - pomyślałem. Niedługo po dziewiątej zjawiła się sympatyczna młoda dziewczyna, otworzyła biuro i pokazał mi mój pokój na poddaszu. Łóżkoooo! Huraaaa! A nawet dwa! I do tego jeszcze prysznic i w miarę ciepła woda! Normalnie rozpusta! Rozpakowałem się, wykapałem, a potem ruszyłem, by się powłóczyć po Cuzco.


Miasto mi się od razu spodobało. Położone na trawiastych pagórkach, o tej porze roku jeszcze zielonych przypominało mi Asyż. Niewysokie domy w pastelowych kolorach, pokryte grubą,  ciężko wyglądającą dachówką. No, w Asyżu jest jednak zacznie czyściej i znacznie bogaciej. 
 


No i uliczki: wąskie, wydawałoby się, że jeden samochód się nie przeciśnie. A tu pełen luz: ruch dwukierunkowy, samochody jakoś się mijają i to wcale nie przy małych prędkościach. Że tam czasem ktoś straci lusterko czy kierunkowskaz? Żadna strata! I tak nikt zdaje się nie używać ani jednego, ani drugiego. Oczywiście na przechodniów nikt uwagi za bardzo nie zwraca, przekonałem się o tym bardzo szybko, bom wlazł jak krowa na przejście dla pieszych, z głupią nadzieją, że nadjeżdżające auto się zatrzyma, albo choć zwolni. Cholera! To nie USA! Odskoczyłem w prawdzie w porę, ale strach miałem w oczach. Ale na samym włóczeniu się po Cuzco i fotografowaniu bram, sklepików i psów włóczących się popod murami bezdomnych można by spędzić tydzień. 



Wieczorem - pierwsze spotkanie naszej grupy wyruszającej do Machu Picchu. Popijamy herbatę z liści koki i słuchamy przewodnika opowiadającego co nas czeka. 



Jest nas 8 ludzi: dwóch młodych chłopaków z Niemiec, para Rosjan mieszkających w Nowym Jorku - tez młode ludzie. Pozostała trojka miała odprawę już wcześniej, wiec na razie nie mam ich jak ocenić wzrokiem. Ponoć jest jeszcze jeden Francuz i dwie dziewczyny z Anglii. Cóż... Narastają moje obawy, że w tej grupiej jestem jedynym starym dziadem. Ano zobaczymy... Najtrudniejszy będzie początek, drugi dzień będzie krytyczny.



Na pocieszenie idę na porządną kolacje: zupa aguadito de pollo, pieczeń z alpaki i pisco sour. Czyli same lokalne pyszności. Pisco – to lokalny alkohol: brandy robiona z winogron. Niestety poza Peru raczej trudno go dostać, ale jakby kto z was dostał i miał ochotę, to zamieszczam przepis na pisco sour:

50-100 ml Pisco
1-2 łyżeczki soku z cytryny
1 łyżeczka cukru
Białko z 1 jajka

Wrzucić wszystko do blendera z 3 dużymi kostkami lodu. Wymieszać, aż lód przestanie dzwonić. Nalać do stożkowego kieliszka, takiego jak do martini. Można dorzucić lemonkę i dolać trochę trochę Angostura. Smacznego!


A więcej moich zdjęć z Cuzco znajdziecie pod adresem:

Brak komentarzy: