czwartek, marca 21, 2013




Wielu ludzi – mnie z resztą też – bulwersuje sprawa odebrania dzieci państwu Bajkowskim (no dobra, mnie wcale nie bulwersuje, tylko wpienia do żywego). Problem w tym, że znaczna część tych, co się teraz bulwersują lub wpieniają na co dzień uważa, że państwo powinno się przecież jakoś o obywateli troszczyć, opiekować się nimi, a już szczególnie powinno się opiekować dziećmi. Jest to oczywista wewnętrzna sprzeczność. Trzeba się wahnąć: chcieliście by się państwo wpierniczało w relacje między rodzicami a dziećmi? No to macie!
W normalnym świecie dzieci są własnością rodziców. Jak rodzic się o swoje dzieci źle troszczy, to na starość dzieci mu dają kopa w dupę i zdycha taki gdzieś pod płotem. I wszyscy mówią: a dobrze mu tak! Oczywiście takich kretynów i zwyrodnialców znajdzie się drobna garstka. Bo ludzie są z reguły wyuczalni i znaczna większość – często zupełnie podświadomie - rozumie, że po prostu o swoje dzieci trzeba dbać. A w skrajnych wypadkach wkracza państwo i ratuje dzieci, których życie jest zagrożone.

I wszystko działa, dopóki nie znają się ludzie za dobrzy: taka za dobra istota nie je, nie śpi, tylko kombinuje jak tu przychylić nieba całej ludzkości. I zwykle się uczepi jakiegoś skrajnego, pojedynczego przypadku i próbuje przemodelować cały system społeczny, by ten przypadek rozwiązać. „No bo przecież nie możemy pozwolić, żeby jakieś dziecko cierpiało”. Otóż możemy! W imię normalności. W imię ochrony praw ludzi normalnych przez zakusami bandytów zwanych urzędnikami  państwowymi.


Dla mojego pokolenia powinno to być w miarę zrozumiałe: myśmy się wychowali w czasach, gdy każdy wiedział, że państwo jest instytucją wrogą. Że to banda gangsterów i złodziei, czyhających na nasze zdrowie i życie. Że sformułowanie „przyjazne państwo” to piękny, choć nieco sadystyczny oksymoron.
Rozbawia mnie za to dyskusja na temat zaufania do psychologów. No bo w przypadku państwa Bajkowskich to właśnie psycholog  „zakapował” rodziców do państwowych gangsterów. Uroczo było czytać komentarze typu: „I kto teraz będzie ufał psychologom?”

Zaufać psychologowi? Wolne żarty! Do takiego aktu szaleńczej odwagi może być zdolny ktoś, kto nigdy nie studiował. Albo przynajmniej całe studia przesiedział z nosem w książkach i nigdy w życiu nie zetknął się ze studentami psychologii. Pamiętacie? Na żadnym innym kierunku studiów nie było tylu świrów, co na psychologii! A świry, to jeszcze pół biedy: świr też człowiek, z reguły krzywdy nie zrobi. Znacznie gorsze były te hordy młodych, sfrustrowanych istot, co to poszły na psychologie z nadzieją, że „zrozumieją siebie” i wyleczą się ze swoich kompleksów. Pokończyło toto studia, porobiło doktoraty i teraz robi za specjalistów od ludzkiej psychiki. Zdarzało mi się w starych, dobrych latach 90-tych przepisywać na komputerze prace magisterskie takich ludzi (Och… to były czasy! Pamiętacie? DOS 6.0, Word Perfect 5.1, 4MB RAMu w komputerze… Aż się łza w oku kręci). Od samego przepisywania tych bredni można było dostać świra! Cóż… szansa, że idąc do psychologa trafi się na jakiegoś frustrata jest -  tak na moje oko - bliska ½. Ja bym do nieznanego, niepoleconego przez kogoś zaufanego psychologa nie posłał nawet psa sąsiadki!
Mam nadzieję, że paru zupełnie normalnych i sympatycznych psychologów, których znam nie obrazi się na mnie za to, co napisałem.
A na zdjęciu – wiosenka arizońska

Brak komentarzy: