czwartek, stycznia 28, 2016

Zanim się zacznie...



“Jacenty! Tylko się nie wdaj w jakąś aferę!” – myślałem sobie lecąc do Polski. „Siedź cicho! Nie odzywaj się bez potrzeby! Żadnych dyskusji o polityce!”.

Nie dziwcie się: jak się patrzy na Polskę z perspektywy arizońskiej pustyni, przez pryzmat tego, co się przeczytało w Internecie… Oj nie wygląda to dobrze: kraj na skraju wojny domowej, Bundeswera na granicy… KOD-owcy wieczorami napełniają butelki benzyną i ćwiczą śpiew pieśni partyzanckich. PiS-owcy szkolą trójki robotnicze, by w razie czego stanąć w obronie Rządu… Masakra! „Wiersz idioty odbity na powielaczu”!

Przyleciałem… spotkałem się z paroma ludźmi… I tymi z KOD-u, i z tymi z  PiS-u. Nawet o polityce dało się rozmawiać. Nikt jakoś mnie nie pobił, nikt się na nikogo nie rzucił… Owszem, dowiedziałem się, że (a) jestem wredny; (b) stawiam złośliwe pytania z tezą; (c) obrażam ludzi. Co do (a) i (b), to zgoda. Ale z tym obrażaniem ludzi to chyba przesada? Przez myśl by mi nie przyszło, że nazwanie kogoś „lemingiem” może być obraźliwe. Co innego powiedzieć do kobiety „kotku”: w moim wykonaniu znaczyło by to tyle, co „ty wredne bydle”. Ale leming? Miłe zwierzątko przecie…

Zdaję sobie sprawę, że moja ocena sytuacji może być nie do końca prawdziwa: po prostu mam fajnych znajomych. Ale i tak szokuje mnie różnica miedzy tym, co można przeczytać  w Internecie, a tym jak to wygląda „na ziemi”.

Żeby było jasne: działa to jak najbardziej w obie strony. Dam Wam przykład arizoński. Budzę się któregoś dnia rano, włączam komputer… a tu ekran się prawie topi: „Co się tam u Was dzieje???” – czytam. „Co to za masakra??? Czy dzieci są bezpieczne???”. "Ocho! Coś się musiało stać, o czym nie wiem" – pomyślałem. Otwieram jakiś polski serwis internetowy i czytam: „Masakra w Arizonie. Kolejna strzelanina na amerykańskim uniwersytecie.” Ano tak: we Flagstaff, gdzie akurat studiują moje dzieci. Dzwonię do Dominika, by się dowiedzieć jak tam sytuacja: dostałem jedynie opiernicz, że go obudziłem. O żadnej masakrze nic nie słyszał, dowiedział się ode mnie. Okazało się, że w nocy na terenie uniwersytetu doszło do sprzeczki miedzy studentami. Kilku pijanych gostków zaczepiło i chciało pobić młodego pierwszoroczniaka. Chłopak wyciągnął broń, padł strzał… jeden z napastników stracił życie. Nie chcę powiedzieć, że się nic nie stało: głupia, niepotrzebna śmierć („zabił się młody, z razu jakaś trwoga…”). Ale żeby od razu „masakra”? Za czasów mojej młodości była by z tego historia typu: „pobili się dwaj Górale o Marysię”: w lokalnej prasie by o tym napisali, ludzie by pogadali i pożałowali. A dziś? Matko! Afera na skalę światową!

A póki co, to pozdrowienia z Berlina. Wbrew temu, co na Facebooku pokazują nie widać tu żadnej paniki na ulicach, nie spotkałem ani jednego podejrzanego typa, życie się toczy normalnie. Wiem, że nie brzmi to interesująco…

Brak komentarzy: