poniedziałek, lutego 22, 2016

Et dimitte nobis debita nostra...


Miałem zamiar nie odzywać się w sprawie Lecha Wałęsy i archiwum Kiszczaka, ale chyba jednak parę słów napisze. Et dimitte nobis debita nostra…

Zacznę od stosunku osobisto-emocjonalnego: otóż nie posiadam takiego. Ze 30 lat temu, to i miałem: za zdjęcie z autografem Wałęsy oddałem – o ile pamiętam – porządną, NRD-owską „finkę”. I byłem bardzo dumny z posiadania zdjęcia i autografu Lecha. Potem mi go bezpieka zabrała, jak wpadła na rewizję, ale to już inna historia. A mi potem przeszło: Wałęsa jako Prezydent klasy raczej nie pokazał, był kompletnie niespójny, bronił komunistów, wzmacniał lewe nogi, i takie tam…

To, że Wałęsa w latach 70-tych był płatnym agentem uważam raczej za fakt bezsprzeczny i udowodniony. Że co? Że sąd lustracyjny uznał, że Wałęsa agentem nie był? Bez jaj, chłopaki! Uznał tak tylko dlatego, że przyjął skrajnie korzystną dla podsądnego interpretację, że jeśli nie zachowały się oryginalne dokumenty i podpisane własnoręcznie zobowiązanie do współpracy, to współpracy nie można uznać za udowodnioną. Ciekawe jakby wyglądało sądownictwo, gdyby podobne zasady przyjąć w sprawach karnych czy cywilnych?

Parę spraw wydaje mi się dziwnych. Na przykład zadziwia mnie jak nagle z dnia na dzień namnożyło się „ekspertów” od historii najnowszej. Co jeden – to mądrzejszy. Co jeden – to bardziej pewny siebie. I to po obu stronach barykady! Analizują, polemizują, się plują… A przecież dokumentów z „szafy Kiszczaka” prawie nikt jeszcze nie widział na oczy! Ale co tam! Kto by się tam takimi szczegółami przejmował, kiedy - wicie, rozumicie - tu się walec historii (najnowszej) toczy.

Bardzo porządne dziewcze „jest pewne”, że Wałęsa nie współpracował. No to się pytam, czy czytała książkę „SB a Lech Wałęsa: przyczynek do biografii” Cenckiewicza i Gontarczyka. Nie czytała, bo ją “nie interesują UB-ckie teczki”. Ona po prostu wie: czuje to swoim mateczko-dziewczęcym sercem. I jakby tylko mogła, to by przytuliła Wałęse do swego łona. No i super, kochaniutka! Ale skoro tak, to daj sobie spokój z historią najnowszą, zajmij się jakimś pożytecznym zajęciem (A bo ja wiem? Psychologią? Haftem krzyżykowym? Grą na pianinie?).  Pytam innego “eksperta” o to samo: nie czytał, bo uważa, że ci panowie są nieobiektywni i uprzedzeni do Wałęsy. Kochaniutki! A skąd wiesz, że są uprzedzeni, skoro nie czytałeś? To podaj mi tytuł jakieś solidnej, nieuprzedzonej monografii na ten temat – ja chętnie przeczytam. Tylko nie jakieś propagandowe gnioty, a rzetelną analizę materiału źródłowego. No chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przez 25 lat od słynnej „transformacji ustrojowej” nikt nie napisał porządnej biografii politycznej Lecha Wałęsy?

Po drugie dziwi mnie sekwencja wydarzeń. Coś tu za dużo zbiegów okoliczności i przypadków: najpierw Wałęsa wyciąga z niebytu sprawę „Bolka”. Przecież dokąd Wałęsa o tym nie zaczął mówić, to nikt się tym w ogóle nie interesował! Tak nagle się chłopu zebrało i nagle zapragnął gorąco by tę sprawę wyjaśnić. Potem się z tego pomysłu wycofał i akurat parę dni później stara Kiszczakowa sobie ni stąd ni zowąd przypomniała, że przecie w szafie leżą kwity „Bolka” i może by warto je sprzedać. A sam zainteresowany wyjechał sobie za granicę. Nie za dużo tych przypadków? Mi to tak trochę wygląda na zaplanowaną wcześniej grę operacyjną. Obliczoną na przykład na obalenie rządu i rozpisanie przedterminowych wyborów. Jeśli taki plan by istniał, to niebawem powinni z niebytu wyłonić się starzy SB-cy i gromadnie zaświadczyć, że Wałęsa nigdy nie współpracował, że teczka „Bolka” to fałszywka. Może nawet duch Kiszczaka ukarze się w TVN i wystawi Wałęsie świadectwo moralności? Ale może się okazać, że gracze się przeliczyli: że liczyli na to, że uda się podpuścić jakieś czołowe twarze z PiS-u do anty-Wałęsowskiej histerii, że ktoś z nich coś chlapnie. I potem będzie można na tym „jechać”, zbierać różne „manify” w obronie Wałęsy. I jakoś „wespół-zespół” z KOD-em doprowadzić rząd PiS do upadku. Tylko, że jak na razie, to zdaje się, że PiS się nie daje sprowokować, nikt z ważniejszych twarzy rządu nie zabiera w tej sprawie głosu. Może się, cholera, okazać, że cały pogrzeb na nic!

Na taki scenariusz wskazuje też fakt, że „anty-PiS-owcy” zaraz zrozumieli (nikt im oczywiście nie podpowiadał), że wszystkiemu winny jest oczywiście… Kaczyński! No, jeszcze nikt co prawda nie napisał, że to Kaczyński dyktował „Bolkowi” donosy i że przebrał się za Kiszczakową i poleciał do IPN-u, ale też ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane. Wiadomo, że Kaczyński straszliwy jest i odpowiada za wszystkie nieszczęścia. Nawet za „gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz”. Ale takie reakcje, to może być po prostu Kompleks Białej Chusteczki (jakby ktoś z Was nie wiedział, co to jest KBCh, to objaśnienie można znaleźć tutaj).

Od pytania „czy Wałęsa donosił w latach 70-tych?” jest pytanie: „co się stało z Wałęsą w latach 80-tych i 90-tych?”. Te pytania są – jak na razie – praktycznie nietknięte. Wersja hagiograficzna podaje, że 1976 Wałęsa się spod wpływów bezpieki „wyzwolił”. Hola, hala: tak sobie wziął i tak po prostu się wyzwolił? I jego oficer prowadzący mu tak po prostu na to pozwolił? I nie dostał za to po dupie? Nie zabrali mu premii? Nie wypieprzyli go na zbity pysk? Ciekawe jest też czemu Kiszczak posiadając taką wiedzę o Wałęsie nie wykorzystał jej przeciw niemu w latach 80-tych, choćby w słynnej sprawie skompromitowania Wałęsy i zablokowania przyznania mu Nagrody Nobla? Przecież ponoć bezpieka miała prowadzić całą operacje fałszowania dokumentów, by tylko zablokować Wałęsowskiego Nobla! To po cholerę było coś takiego robić, gdy teczka „Bolka” leżała sobie spokojnie u Kiszczaka? Podobne pytania nasuwają się też o do lat 90-tych: na ile Wałęsa już jako Prezydent III RP był zakładnikiem „Bolka”? Kto nim kierował? Kto pociągał za sznurki?

Najsmutniejsze jest to, że Wałęsa przez wszystkie te lata miał (i w sumie cały czas ma) w ręku klucz, by tę sprawę zamknąć. Nie tylko swoją własną: sprawę całościowego rozliczenia się z komunizmem. Pomyślcie: czy gdyby w 1989 roku Wałęsa otwarcie przyznał co się stało, czy byłyby choć jeden normalny człowiek, który by tego nie zrozumiał? I byłoby po sprawie: nikt by go nie mógł szantażować, nikt by się do niego nie mógł przyczepić. A tak, to się to ciągnie wszystko już ponad 25 lat. Szkoda.
 

Brak komentarzy: