czwartek, lutego 02, 2017

“Rwąca rzeka słów”

 


Od ponad 30 lat praktycznie nie oglądam telewizji. Przestałem, gdy miałem naście lat, bo po prostu nie miałem czasu: dookoła tyle się działo! Ludzie, góry, wycieczki, biwaki… Ktoś tam zdobył nową płytę Maanam-u, ktoś kupił spod lady wiersze Stachury... Siedzieliśmy godzinami w parku albo w „kotajcu”, gadali, czytali, dyskutowali, odwiedzali znajomych, odprowadzali się wzajemnie do domów do późna w nocy… Nie było czasu, by się gapić w ekran. A potem już mi tak zostało: przez długi czas w ogóle nie mieliśmy w domu telewizora, teraz jakiś tam wisi na ścianie, ale jest podłączony tylko do Internetu. Czyli żadnych 250 kanałów, żadnego „broadcastingu” i możliwości oglądania wszystkiego jak leci. Najczęściej „telewizję na żywo” zdarza mi się obejrzeć w Polsce, u moich rodziców: oni nie potrafią właściwie funkcjonować jeśli telewizor nie działa. Ja to wytrzymuję góra 20 minut. Potem muszę się przez dobre parę godzin odtruwać. Przekaz, który płynie z telewizora jest klarowny i nie znoszący sprzeciwu: „Świat jest zły! Jesteś nieszczęśliwy! Oni to zrobili! Musisz ich nienawidzić! Musisz się odegrać! Chodź z nami! My mamy rację! Tylko my! My jesteśmy ci dobrzy! Oni są podli! My im jeszcze pokarzemy! Jak nie jesteś z nami, to jesteś z nimi! Musisz wybrać! Musisz się opowiedzieć! Wybieraj! Już! Natychmiast! W tej chwili!”

W Polsce tego pewnie nie czujecie, ale słowa straciły zupełnie swą moc i znaczenie. Klniecie okropnie! Jesteście wulgarni i nawet tego nie zauważacie. Mam absolutną alergie na słowo „zajebiste”: naprawdę niewiele jest w języku polskim bardziej śmierdzących i ohydnych słów. Mi się chce rzygać, gdy słyszę to słowo. A u Was teraz wszystko jest „zajebiste”: właściwie to Wam to słowo nie schodzi z ust.

Kto mnie zna, to wie, że nie jestem jakąś „kotką-cnotką”: są rzeczy, których się nie da powiedzieć w sposób wywarzony. Czasem trzeba po prostu przykląć. Ale CZASEM, a nie co drugie słowo! Czasem trzeba coś powiedzieć ostro. Ale jak zaczynamy się cały czas buzować i nakręcać, to się to niczym dobrym nie kończy.

Myślę, że jest to efekt tego, że jesteście bez przerwy nakręcani przez media. Przez „coraz bardziej otaczającą rzeczywistość”. Z jednej strony: nieustanna polityczna napierniczanka. Z drugiej: nakręcanie spirali zazdrości i pożądania przez reklamy. Bywam w Polsce na tyle często, żeby to widzieć i na tyle, rzadko, że mnie to jeszcze kłuje w oczy i uszy. Z jednej strony: „podłość” (koniecznie wymawiana przez zaciśnięte zęby i z naciskiem na „ść”), „zdrada”, „oszłom”, „psychol”, „zamach”, „pachołki”, „sługusy”….  Z drugiej: „rewolucja”, „cudowny”, „wspaniały”, „wymarzony”, „rewelacyjny”… Tak sobie cytuję z pamięci słowa, które mi się rzuciły w uszy (wymieniam oczywiście tylko te niewulgarne ;-). W sumie, to ciekawe by było zobaczyć statystyki na ten temat: jakie słowa są najczęściej używane w przekazie politycznym i reklamowym.

Kiedyś takie słowa były używane w ostateczności. Dziś – właściwie, to się od nich zaczyna: mówią ci, że „rewelacja” i „przedmiot marzeń”. Patrzysz: a to zwykły telefon, tyle, że o 5 mm większy. Byle duperela – a zaraz jest „podłość” lub „zdrada”. Czyli: „na początek wybucha bomba atomowa, a potem napięcie powoli rośnie”. I jak tu zachować normalność w takich warunkach?

Jesteście  jak przesterowany wzmacniacz: wystarczy powiedzieć jedno słowo do mikrofonu, wszystko jedno jakie, a wzmacniacz od razu zaczyna wyć. Trzeba szybko wyłączyć mikrofon i czekać, aż się wzmacniacz uspokoi. Po prostu jesteście bez przerwy nabuzowani: ciągle na jakichś podkręconych obrotach, ciągle w napięciu, czujni, zwarci, gotowi. I oglądający się dookoła, czy przypadkiem komuś nie trzeba dać w mordę. Czuje się to, gdy się tylko przyleci do Polski: jakieś naelektryzowanie, jakieś napięcie. Coś wisi w powietrzu, coś ci mówi: „uważaj”! Dla turysty to nawet może być fajne, ale życie w takim napięciu na dłuższą metę jest raczej niezdrowe.

Nie wiem, czy podobnie jest w USA, bo w sumie jeszcze mniej mam z tym do czynienia. Przypuszczam, że tak, bo coś mi się zdaje, że od jakiegoś czasu Amerykanie zaczynają mieć podobny szczękościsk jak Polacy. Na pewno w USA jest łatwiej od tego uciec, przynajmniej mi. Jakoś łatwiej powiedzieć „to nie mój problem”.

Wiem, że to co piszę jest przykre i – jak każde uogólnienie – nie do końca prawdziwe. Znam przecież wielu fajnych, pogodnych, życzliwych ludzi w Polsce. Cieszę się, że Was znam, że mogę się z Wami spotykać. Mam nadzieję, że się nie obrazicie? Podziwiam Was za to, że w takiej dusznej i naelektryzowanej atmosferze potraficie zachować normalność, pogodę ducha i radość życia.  Obawiam się, że ja w takich warunkach bym już dawno pił z rozpaczy albo strzelał do wszystkiego, co się rusza. Za dwa tygodnie znowu będę w Limanowej. Na szczęście tam po prostu wystarczy iść do lasu, popatrzeć dookoła i świat jest od razu piękniejszy.

Brak komentarzy: